Sprzęgło, które zatrzymało Colina McRae
21 lat temu, trzy odcinki dzieliły Colina McRae od zakończenia rodem z bajki. Powracający z emerytury „Latający Szkot” był o krok od przywiezienia Skodzie ich najlepszego wyniku w WRC. Wtedy właśnie czescy inżynierowie podjęli jedną z najbardziej kuriozalnych decyzji w ich przygodzie z rajdami.
Ostatni taniec Skody

Jesienią 2005 roku Colin McRae był już właściwie na emeryturze. Po zakończeniu sezonu 2003 pożegnał się z zespołem Citroena i kolejne dwa lata spędził poza kokpitem auta WRC. Startował w rajdach terenowych, jeździł jako „zerówka” w lokalnym imprezach, zajął nawet 3. miejsce w klasie w 24-godzinnym wyścigu w Le Mans.
Tymczasem Skoda była właśnie w trakcie swojego piątego sezonu jako zespół fabryczny Mistrzostw Świata. Kampania 2005 roku była równie nieudana jak poprzednie. Do września czeski zespół zdołał przywieźć tylko marne osiem punktów w klasyfikacji producentów.
W gabinetach grupy Volkswagena najpewniej zapadła już decyzja o wycofaniu Skody z WRC po zakończeniu sezonu. Szef zespołu, Dietmar Metrich, doszedł jednak do wniosku, że skoro i tak żegnają się z rajdowymi mistrzostwami świata, to warto aby odeszli z hukiem. Wpadł więc na pomysł wsadzenia do Fabii WRC, Colina McRae.
W tym celu zwrócił się do wieloletniego pilota mistrza świata z 1995 roku – Nicky’ego Grista, który pracował wówczas jako reporter WRC TV. To właśnie Grist miał nakłonić McRae do założeniu kombinezonu Skody.
Powrót Króla

Colina nie trzeba było długo przekonywać. W ramach kontraktu, wspólnie z Gristem mieli pojechać w Rajdzie Walii i w kończącym sezon, Rajdzie Australii. Po czterech dniach testów, „Latający Szkot” dostroił Fabię WRC do swojego stylu jazdy i był gotowy na trudy brytyjskich odcinków.
Powrót McRae do Rajdowych Mistrzostw Świata wywołał oczywiście gigantyczne poruszenie w środowisku. Dziennikarzy chętnych do rozmów było tak wielu, że Skoda musiała wynająć salę w jednym z londyńskich hoteli, aby zorganizować tam konferencję prasową. Przez 26 lat swojej rajdowej historii czeski zespół jeszcze nigdy nie wzbudzał takiego zainteresowania jak przed Rajdem Walii.
Entuzjazm szybko ostudził jednak pierwszy odcinek specjalny, na którym Colin wykręcił dopiero 15 czas, tracąc… 41 sekund. Dwa lata przerwy od mistrzostw świata błyskawicznie dały o sobie znać.
Ale McRae nie zamierzał się poddawać. Z każdym kolejnym kilometrem odzyskiwał pamięć, wracał do swojego rytmu i piął się w górę klasyfikacji. Pod koniec drugiego etapu przebił się na dziesiątą pozycję, a w połowie finałowego dnia był już siódmy.
Niestety, Rajd Walii 2005 zakończył się przedwcześnie i w tragicznych okolicznościach. Na OS15 „Margam” Peugeot 307 WRC Markko Martina i Michaela Parka wypadł z drogi i uderzył w drzewo. Pilot nie przeżył wypadku.
Choć siódma pozycja Colina McRae była naprawdę solidnym wynikiem, to w niedzielę 18 września nikt nie miał ochoty na świętowanie.
Stary, dobry Colin

Szkot miał jeszcze jedną szansę na zabłyśnięcie w sezonie 2005 – wrócił do kokpitu Fabii WRC w Australii, podczas finałowej rundy WRC.
W tamtych czasach ta impreza miała swoją bazę w Perth, na zachodnim wybrzeżu i była jednym z najbardziej unikatowych rajdów na świecie. Wszystko za sprawą nawierzchni. Oesy Rajdu Australii prowadziły po twardych drogach gruntowych pokrytych drobnymi, okrągłymi kamyczkami, przypominającymi ziarna grochu.
Trasy wiodły głównie przez zalesione tereny, co w połączeniu z wyjątkową nawierzchnią czyniło odcinki bardzo śliskimi i zdradliwymi. Wielu kierowców zdejmowało tu nogę z gazu i nie podejmowało ryzyka.
Ale nie Colin McRae.
Mimo, że „Latający Szkot”, podobnie jak w Walii, rozpoczął Rajd Australii spokojnym tempem, to jego klasa niebawem dała o sobie znać. W połowie pierwszego dnia awansował na trzecie miejsce w generalce, ustępując jedynie Petterowi Solbergowi i Sebastienowi Loebowi.
Zresztą tabela finałowej rundy WRC miała wkrótce zrobić się jeszcze ciekawsza. Pod koniec pierwszego etapu z rywalizacji odpadł Loeb. Kilkanaście godzin później, w sobotni poranek, jego los podzielił Petter Solberg. W efekcie McRae i Grist ukończyli drugi dzień na sensacyjnym drugim miejscu.
Gdyby brytyjska załoga utrzymała pozycję wiceliderów do mety Rajdu Australii, Skoda odnotowałaby najlepszy wynik w całej swojej historii startów w WRC.
Wtedy swoje „trzy grosze” w tej kwestii dorzucił jednak Harri Rovanpera. W tamtych czasach każdy zespół w WRC wybierał swojego dostawcę opon. Jak się okazało, Pirelli, z których korzystało Mitsubishi, lepiej sprawowało się w warunkach panujących podczas pierwszej pętli.
Fin wykorzystał przewagę ogumienia i odebrał McRae drugie miejsce. Na trzy odcinki przed końcem jego przewaga wynosiła jednak zaledwie 6.9 sekundy. Ponadto przez cały weekend opony Michelin spisywały się znacznie lepiej na odkurzonej trasie. McRae i Grist zjeżdżali więc na serwis przekonani, że na finałowych trzech odcinkach odzyskają drugą pozycję.
Stres to najgorszy doradca

W namiocie Skody panowała więc wyjątkowo pozytywna atmosfera. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. W końcu co złego może się wydarzyć w parku serwisowym?
Problem polegał na tym, że pod koniec 2005 roku czeski zespół pracował z bardzo ograniczonym budżetem. W Skodzie był więc niedobór personelu o odpowiednim doświadczeniu.
Pierwszym kierowcą ekipy był Armin Schwarz i to właśnie Niemiec otrzymał na Rajd Australii wsparcie lepszego, bardziej zaprawionego w bojach zespołu mechaników i inżynierów. Colinowi, pomimo jego statusu, przydzielono natomiast młodszą, niedoświadczoną ekipę (nieoficjalnie – tą samą, która obsługiwała Jana Kopecky’ego w Mistrzostwach Czech).
Na 45-minutowym, wieczornym serwisie poprzedniego dnia, ekipa Schwarza wymieniła sprzęgło w jego Fabii WRC. Mechanicy McRae nie zdecydowali się na podobny krok. I u progu największego sukcesu w rajdowej historii Skody, ta decyzja trapiła głównego inżyniera brytyjskiej załogi.
Co jeśli mechanicy Schwarza wiedzieli coś, czego nie wie on? Co jeśli sprzęgło może zawieść w każdej chwili? Jeśli istniało takie ryzyko, to tamten serwis był ostatnią okazją, aby coś z tym zrobić.
Wyścig z czasem

Inżynier Colina podjął więc decyzję, aby wymienić sprzęgło również w jego Fabii. Szkopuł w tym, że teraz mechanicy mieli na to tylko 20 minut. Doświadczeni specjaliści z drugiego namiotu być może poradziliby sobie z taką presją. Ale kompletnie nie dźwignęła jej ekipa odpowiedzialna za rajdówkę McRae.
Czas topniał w oczach, a Fabia WRC z numerem 12, wciąż nie była gotowa do jazdy. Nicky Grist pobiegł na punkt kontroli czasu, ale mógł tylko bezradnie patrzeć jak z minuty spóźnienia robią się dwie, a z dwóch – piętnaście.
Pod namiotem Colina zebrały się zespoły z całego parku serwisowego, próbujący wesprzeć ekipę Skody. Niestety w presji i pośpiechu czescy mechanicy upuścili feralne sprzęgło na podłogę, które rozpadło się na mniejsze części.
Niebawem wysiłki zespołu Skody i tak okazały się daremne, bo zegar wskazał godzinę spóźnienia. McRae i Grist przekroczyli limit czasu a to oznaczało tylko jedno – dyskwalifikację.
Mechanicy byli zdruzgotani. Jedni rzucali kluczami i śrubokrętami, inni przeklinali, jeszcze inni po prostu płakali w kącie. Skoda mogła pożegnać się z WRC swoim najlepszym wynikiem w historii. Zamiast tego opuszczała mistrzostwa w atmosferze swojej największej kompromitacji.
Po upływie 21 lat te rany wciąż się nie zagoiły. Tamten Rajd Australii pozostaje ostatnim występem Skody na najwyższym poziomie w WRC. Choć czeski producent z sukcesami pokazywał się potem w niższych kategoriach, to swoich win w premierowej klasie jeszcze nie odkupił.
Niedziela 13 listopada 2005 roku, była kolejnym momentem w karierze Colina McRae, przy którym nie sposób nie zadać pytania: co by było gdyby?
Bo choć świętej pamięci „Latający Szkot” na zawsze pozostanie jednym z najbardziej uwielbianych kierowców w historii WRC, to nie da się ukryć, że głównym motywem jego historii, jest niedosyt.