Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Sebastien Loeb – stary człowiek, a może

Wybranie jednego zwycięstwa spośród osiemdziesięciu odniesionych przez Mistrza było nie lada wyzwaniem. Sebastien Loeb to kierowca, który podczas swojej kariery w rajdach wygrał wszystko, na wszystkie możliwe sposoby. Jednak z okazji jego urodzin chcielibyśmy przypomnieć, że choć dziewięciokrotny Mistrz Świata młodszy już nie będzie, to szybkości wcale mu nie ubywa. Dobitnie udowodnił to podczas Rajdu Monte Carlo 2022.

Ciągnie wilka do lasu

 

Od ponad dekady relacja Loeba z rajdami przypomina powieść dla nastolatek. Rozstanie Francuza z tą dyscypliną nastąpiło oficjalnie w 2013 roku. Mimo to Seb nie mógł na dobre pożegnać się z rajdówką.

Wrócił najpierw na parę gościnnych startów w Citroenie (ostatni z nich okazał się zwycięstwem w Rajdzie Katalonii 2018), potem na wybrane rundy WRC w barwach Hyundaia w 2019 i 2020 roku. Choć Loeb startował w międzyczasie w WTCC, World RX i Rajdzie Dakar, to niewidzialna siła ciągnęła go na oesy.

W grudniu 2021 roku spełniło się marzenie Malcolma Wilsona. Szef M-Sportu od dawna chciał mieć Seba u siebie. W 2005 roku, gdy z WRC wycofał się Citroen, Brytyjczyk był tego bardzo blisko. Umowa, oferująca trzyletni kontrakt i astronomiczną pensję, leżała już na stole, czekając tylko na parafkę Loeba. Mechanicy Forda naklejali już numer 1 na szybę Focusa.

Interweniował jednak Guy Frequlin, szef zespołu Citroena, który wynegocjował w centrali powrót do rajdów w 2007 roku. Loeb mu zaufał, szansa M-Sportu przepadła. Przez siedem kolejnych sezonów Wilson mógł tylko patrzeć jak Seb spuszcza łomot jego kierowcom i zgarnia sprzed nosa Brytyjczyków kolejne tytuły.

W tym spojrzeniu był żal. Ale także podziw.

Dlatego Wilson nigdy nie zrezygnował z pomysłu wsadzenia Francuza do swojej rajdówki. I w grudniu 2021 roku dopiął w końcu swego. Nazwisko „Loeb” pojawiło się na szybie auta M-Sportu.

Prawo ewolucji

fot. Red Bull Content Pool

Szkopuł w tym, że czasy się zmieniły. Seb kończył właśnie 48 lat i nie stał na starcie rajdu WRC od ponad roku. Na Rajd Monte Carlo przyjechał prosto z Rajdu Dakar i testował Pumę Rally1 zaledwie przez dwa dni.

W dodatku pierwsza runda WRC wyznaczała też debiut w Rajdowych Mistrzostwach Świata, samochodów z napędem hybrydowym. W porównaniu do Forda Pumy, Citroen DS3 WRC, którym Francuz zdobywał swoje ostatnio mistrzostwo, wydawał się samochodem archaicznym.

Aczkolwiek Sebastiena Loeba na Monte Carlo nigdy ograniczała logika, ani prawa fizyki.

Czytaj także: Rajd Monte Carlo 2002 – Loeb przegrał, choć był najszybszy

Dlatego na dwóch nocnych czwartkowych odcinkach zameldował się na drugiej pozycji. W piątkowy poranek pokazał, że dopiero się rozkręca. Francuz wygrał wszystkie trzy odcinki pierwszej pętli i znalazł się na prowadzeniu Rajdu Monte Carlo.

Najlepszy kierowca rajdowy, to ten, który najszybciej adaptuje się do aktualnej sytuacji. Błyskawiczne przystosowanie się do nowych samochodów zawsze było znakiem rozpoznawczym Sebastiena. Mimo to, niewielu spodziewało się, że pojmie działanie systemu hybrydowego szybciej, niż jego młodsi rywale. I to spędzając mniej czasu na testach.

Gdy Neuville, Tanak czy Rovanpera kombinowali, wciąż dostrajając swoje rajdówki, Loeb wsiadł do Pumy Rally1 i wygrał także pierwszy popołudniowy oes. Jeśli wierzyć inżynierom M-Sportu, nie zmienił ustawień ani o włos, względem samochodu, który otrzymał na testach.

Na drugiej pętli rękawice podjął drugi z władców Monte – Sebastien Ogier. Gdy rok wcześniej wygrywał po raz ósmy i stał się samodzielnym rekordzistą zwycięstw w Alpach, wydawało mu się, że nikt nie jest w stanie zagrozić jego rekordowi.

Tymczasem Loeb, niczym pozornie pokonany złoczyńca w ostatniej scenie filmu o superbohaterach, wynurzył się z cienia i był na najlepszej drodze do swojego ósmego zwycięstwa.

Kierowca Toyoty wziął się więc do pracy. Wygrał dwa ostatnie piątkowe odcinki i drugi dzień rajdu kończył tracąc zaledwie 9.9 sekundy do lidera.

Monakijska tradcyja

fot. Red Bull Content Pool

Hazard jest właściwie sportem narodowym Monako. Nic więc dziwnego, że wybór opon na sobotnie odcinki Rajdu Monte Carlo, przypominał grę na ruletce. Ogier obstawił miks mieszanki supermiękkiej, miękkiej i kolcowanej. Loeb zagrał bezpiecznie, stawiając tylko na kolce.

Kulka wylądowała jednak na polu Ogiera. Jego rozwiązanie okazało się tym właściwym, a urzędujący Mistrz Świata już po trzech odcinkach wylądował na prowadzeniu. Jego przewaga nad rywalem z M-Sportu wynosiła 5.4 sekundy.

Była to jedynie symboliczna różnica, więc drugi z Sebów ruszył po południu do kontrataku. Przez moment wydawało się, że będzie on skuteczny – przed ostatnim odcinkiem etapu Ogier miał już tylko 5 sekund przewagi.

Stojąc przed startem ośnieżonego, kończącego sobotni etap „St.Geniez – Thoard”, Loeb i jego pilotka – Isabelle Galmiche, zdecydowali się na odważny ruch. Chcąc zaskoczyć Ogiera zrezygnowali z kolcowanych opon, stawiając na miękką mieszankę.

To mogło się udać. Na ich nieszczęście, kierowca Toyoty dostrzegł ich zmianę opon i… zrobił dokładnie to samo. Następnie wyprowadził nokautujący cios, pokonując załogę M-Sportu na odcinku aż o 16 sekund.

„Faktycznie zrobiło się trochę za daleko” – powiedział na mecie Loeb, niejako pogodzony z porażką.

Choć obaj Sebastienowie umniejszali temu aspektowi swojej historii, to czuć było między nimi chęć udowodnienia swojej wyższości rywalowi. Nic dziwnego – to dwaj najwięksi kierowcy w dziejach tego sportu, którzy de facto nigdy nie zmierzyli się w walce o tytuł.

Czytaj też: Jak zmierzyć się z legendą? Rajd Safari

W topowym zespole, w pełnym sezonie spotkali się tylko raz – w 2011 roku, pod banderą Citroena. Z jednej strony młody Ogier, palący się, żeby zademonstrować światu, że nadeszła jego epoka. Z drugiej, doświadczony Loeb, chcący pokazać „młodemu” jego miejsce w szeregu.

Ta współpraca nie mogła się udać. Panowie wytrzymali ze sobą tylko jeden sezon. Gdy Ogier miał możliwość walczyć w końcu o tytuł, jego imiennik był już na emeryturze. Dlatego od tej pory każdy ich pojedynek, miał drugie dno.

Szczęśliwa gwiazda

fot. Red Bull Content Pool

W 2022 roku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że górą będzie Ogier. Trzeci raz z rzędu, bo przecież pokonywał Loeba na Monte także w 2015 i 2019 roku. Na pierwszych dwóch niedzielnych oesach jeszcze zwiększył swoją przewagę do 24 sekund. Mógł wreszcie odetchnąć.

Rzecz w tym, że jego rywal urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Towarzyszyła mu ona od najmłodszych lat.

Bo gdybyście cofnęli się w czasie i na komisariacie w Hagenau powiedziali komendantowi, że ten nastoletni łobuz, wywleczony z rozbitego Renault 5, pochodzący z równie rozbitej rodziny, żyjący z dnia na dzień bez celu w życiu i bez grosza przy duszy, będzie kiedyś najlepszym kierowcą rajdowym w historii… to pewnie zaśmiano by Wam się w twarz.

To szczęście trzymało się Loeba także w rajdówce. Kamień, w który uderzył Gronholm w 2006 roku, maska, która otworzyła się Hirvonenowi w 2009, woda, która zalała silnik Solberga w 2004. Teraz dołączyła do nich opona w Yarisie Ogiera, która pękła na przedostatnim odcinku Rajdu Monte Carlo.

Loeb wrócił na prowadzenie, mając zaledwie 14 kilometrów do końca zawodów. Nie tylko utrzymał 9.5 sekundową przewagę nad kierowcą Toyoty, ale jeszcze ją powiększył, pokonując swojego imiennika na Power Stage.

Seb miał swoje ósme zwycięstwo w Rajdzie Monte Carlo i osiemdziesiąte w WRC. To było szczególne, bo odniesione w wieku 47 lat, czyniące z Loeba najstarszego zwycięzcę rundy Mistrzostw Świata w historii.

Marzenie spełniła też jego pilotka – Isabelle Galmiche, stając się pierwszą zwyciężczynią rajdu WRC od czasu Fabrizii Pons, która wygrała Rajd Monte Carlo 1997 u boku Piero Liattiego.

Natomiast jestem pewien, że najszczęśliwszy przed kasynem w Monako był Malcolm Wilson. Po blisko dekadzie przegrywania z Loebem, Brytyjczyk zobaczył wreszcie jak Francuz wygrywa choć jeden rajd w jego barwach.

Udostępnij!