Remontada McRae – Rajd Wielkiej Brytanii 1995
Colin McRae nie był najbardziej utytułowanym kierowcą rajdowym w historii. W jego karierze więcej było niewykorzystanych szans niż wielkich triumfów. Jednak pewnego listopadowego popołudnia to Szkot stanął na samym szczycie świata rajdów. Oto historia jedynej koronacji w karierze Colina McRae.
Kataloński thriller

Przez większość niesłychanie krótkiego sezonu 1995 (miał tylko 8 rund), zapowiadało się, że po raz kolejny triumfować będzie Toyota. Japończycy prowadzili w klasyfikacji konstruktorów, a Juha Kankkunen zmierzał po swój piąty tytuł Mistrza Świata. Diametralnie sytuację miała zmienić siódma, przedostatnia runda sezonu – Rajd Katalonii.
Na 16 odcinku specjalnym z drogi wypadł liderujący Kankkunen. W ten sposób Fin zakończył swój udział w rajdzie, a niebawem taki sam los podzielił jego zespół. Sędziowe odkryli bowiem pod maską Celiki GT-Four, zwężkę turbo, która otwierała się podczas pracy silnika, doprowadzając do niego więcej powietrza.

Było to oczywiście całkowicie sprzeczne z regulaminem i Toyota, wraz z wszystkimi jej załogami została zdyskwalifikowana z sezonu 1995 i 1996. Walka o tytuł wśród załóg rozgorzała więc na nowo, a kontrowersje dopiero się zaczynały.
Na prowadzenie wysunął się Colin McRae z Derekiem Ringerem, ale po piętach deptali im koledzy z Subaru – Carlos Sainz i Luis Moya. Szkoci byli minimalnie szybsi, ale szefostwo zespołu chciało aby ich załogi zamieniły się pozycjami. To Sainz miał wygrać swój domowy rajd.
McRae za nic miał rozkazy i kontynuował swoją szaleńczą jazdę. Zatrzymać go, próbowali członkowie ekipy Subaru, wysłani na trasę odcinka, ale Szkot tylko przemknął milimetry obok nich. Na ostatnim oesie Colin był szybszy od Carlosa o sekundę i wydawało się, że właśnie wygrał Rajd Katalonii.

David Richards jednak nie odpuszczał. McRae wściekał się, kopał w ciężarówkę zespołu, ale finalnie, po rozmowie ze swoim ojcem dał za wygraną. Spóźnił się na ostatni punkt kontroli czasu, za co otrzymał minutę kary i tym samym podarował Sainzowi bardzo antyklimatyczne zwycięstwo.
W ten sposób zawodnicy Subaru zrównali się punktami w generalce – obaj mieli ich po 70. Sprawa mistrzostwa była więc banalnie prosta – ten który pokona drugiego w ostatniej rundzie sezonu, zdobędzie tytuł. Finał tej kampanii miał się odbyć na terenie Colina.
Walka wśród pałaców
RAC Rally – czyli Rajd Wielkiej Brytanii, zaczynał się w tamtych czasach dosyć nietypowo. Trwał od niedzieli do środy, a odcinki biegły przez tereny Anglii, Szkocji i Walii. Pierwszy etap rajdu odbywał się na krótkich odcinkach, w parkach i pałacowych ogrodach środkowej Anglii, a także na torze Donington Park.

Właśnie w tych warunkach na prowadzenie wysunął się nie Carlos Sainz, nie Colin McRae, a… Tommi Makinen. To był zaledwie zwiastun tego, jak szybki będzie Fin w nadchodzących latach. Kierowca Mitsubishi wygrał 5 z 7 odcinków specjalnych i do parku serwisowego w Leeds wjeżdżał z przewagą 11 sekund nad swoim zespołowym kolegą – Kennethem Erikssonem.
Za tylnymi zderzakami dwóch Lancerów uplasowały się Imprezy kolejno McRae i Sainza. Taka pozycja dawała Szkotowi tytuł, ale Colin wiedział, że najtrudniejsze dopiero przed nim. Niedziela była właściwie rozgrzewką i okazją do pokazania się kibicom. Na drugim etapie załogi czekało największe wyzwanie w sezonie.
Las złamanych serc
Las Kielder. Na sam dźwięk tych słów większość załóg w WRC przeszywały dreszcze. Gigantyczny kompleks leśny na granicy Anglii i Szkocji od dekad był częścią Rajdu Wielkiej Brytanii i cieszył się złą sławą. Przez lata, pomiędzy tymi drzewami strzelały opony, pękały zawieszenia, serca i nadzieje zawodników.
Pierwszy o ponurej reputacji poniedziałkowych odcinków przekonał się Tommi Makinen. Już na pierwszej próbie, Lancer Fina napotkał kamień, który nie tylko przebił oponę, ale zabrał ze sobą jeszcze elementy zawieszenia i przekładni. Niedzielny lider mógł już pakować walizki.
Zła sława kompleksu Kieldera nie zrobiła natomiast wrażenia na Colinie McRae, który w swoim stylu, wygrał pierwszy odcinek specjalny. Szkot znalazł się prawie minutę przed Sainzem w generalce, ale jego walka o tytuł miała się niebawem bardzo mocno skomplikować. Na blisko 60-kilometrowym odcinku „Pundershaw”, McRae uderzył w kamień i przebił oponę. Jej wymiana kosztowała go prawie dwie minuty.
„Widziałem ten kamień, nie wydawał się groźny, więc po nim przejechałem. Nie wiem czemu tak wyszło, mieliśmy po prostu pecha” – mówił Colin na mecie odcinka.

Jednocześnie, perfekcyjny przejazd zaliczył Carlos Sainz i to on został nowym liderem Rajdu Wielkiej Brytanii. Hiszpan miał ponad minutę przewagi nad McRae i jedną rękę na trzecim tytule Mistrza Świata.
Wielu Szkotów w tamtym momencie zwątpiło. Na szczęście, z wyjątkiem tego, siedzącego za kierownicą Subaru Imprezy z numerem 4. Colin nie miał już nic do stracenia, więc ruszył w desperacką pogoń za rywalem. McRae do końca drugiego dnia rajdu oddał rywalom już tylko jeden odcinek specjalny.
Jego szaleńczego ataku nie wytrzymywał momentami samochód. Na OS12 w jego Imprezie złamała się kolumna zawieszenia, co nie poprawiło jego sytuacji w generalce. Szczęśliwie, wraz z Derekiem Ringerem byli w stanie ją posklejać i ponowić natarcie. Finalnie, na półmetku rajdu Colin zredukował przewagę Carlosa do 40 sekund.
Góry mgieł i deszczu
Wtorkowa rywalizacja zaprowadziła załogi na wzgórza środkowej Walii, oczywiście okryte mgłą i deszczem. Błotne warunki oznaczały, że McRae wciąż musiał wykonać tytaniczną pracę w walce o mistrzostwo. Jednak pierwszą rajdówką, która nigdy nie wyjechała z lasów Powys, został Lancer EVO II Kennetha Erikssona. Oznaczało to, że mistrzostwo konstruktorów zapewniło sobie Subaru.

W tym momencie, o żadnym „team orders” nie mogło być mowy. Sainz i McRae po zapewnieniu tytułu dla zespołu, musieli rozwiązać kwestię mistrzostwa indywidualnego, tylko między sobą. A Colin nie zamierzał zostawiać niczego przypadkowi. Szkot rozpoczął wtorek tam samo, jak zakończył poniedziałek. Wygrał 3 z 4 odcinków specjalnych przed serwisem i tracił już zaledwie 11 sekund do lidera.
Carlos robił co mógł, samemu podejmując gigantyczne ryzyko. Jednak nie był w stanie nawiązać do morderczego tempa kolegi z zespołu. Wykręcił od niego lepszy czas tylko na jednym wtorkowym oesie. W ogólnym rozrachunku, odroczyło to tylko nieuniknione. Na drugim przejeździe słynnej próby „Hafren Sweet Lamb”, remontada Colina McRae się dokonała. Szkot wrócił na fotel lidera i zmierzał po Mistrzostwo Świata.

Marsz triumfalny
Przewaga Colina wynosiła niespełna 20 sekund i na 7 odcinków specjalnych przed końcem rajdu, nie była wcale bezpieczna. Inicjatywa była jednak po jego stronie i gdy po trzech próba odskoczył od Sainza na pół minuty, sprawa tytułu wydawała się być przesądzona.
Hiszpan dalej cisnął na każdym odcinku, ale McRae, jakimś cudem, wciąż był szybszy. Dlatego na ostatnich odcinkach etapu, w lasach Walii rozpoczęło się wielkie szkockie świętowanie. Uradowany tłum w tartanach, tylko wzmacniał tempo Colina, który mając tytuł w kieszeni, i tak wygrał 6 z 7 odcinków specjalnych przejeżdżanych w środę.
Gdy wjechał na rampę podczas ceremonii mety, odbywającej się na torze wyścigów konnych w Chester, atmosfera przypominała stadion piłkarski. Dlatego, niczym kapitan drużyny, która wygrała właśnie F.A Cup, Colin wbiegł po schodach do loży by odebrać puchar za wygranie Rajdu Wielkiej Brytanii. Wiwaty zrobiły się jeszcze głośniejsze, gdy McRae zaczął kręcić bączki pod rampą, jednocześnie machając przez okno szkocką flagą.

Późniejsze losy Colina McRae były naznaczone szaloną, porywającą tłumy jazdą i kosmicznym tempem, ale też wieloma „dzwonami” i zmarnowanymi okazjami na kolejny tytuł. Jednak nie przeszkodziło to Szkotowi w przejściu do historii. Zresztą, zrobił to wcześniej, właśnie 22 listopada na torze w Chester. To był dzień w którym Colin stał się żywą legendą.