Rajd Szwecji 1997 – Ostatni triumf gospodarzy
Do 1981 roku w lasach Värmland wygrywali tylko Szwedzi. Do 2004 roku tylko Szwedzi i Finowie. Ta passa odeszła już dawno w zapomnienie, a ponadto oczekiwanie lokalnych kibiców na to, aby ich rodak stanął na najwyższym stopniu podium, trwa już blisko trzy dekady. Czy dobiegnie końca w tym roku? Bardzo możliwe. Tym bardziej warto przypomnieć ostatnią edycję Rajdu Szwecji, którą wygrali gospodarze.
Odwilż

O tym, że będzie to niezwykle wymagająca edycja Rajdu Szwecji, wszyscy wiedzieli już na parę dni przed startem. W Karlstadzie nadeszła odwilż i większość odcinków nie miała ani lodu na drodze, ani band śnieżnych na poboczach. Warunki były bardzo nieprzewidywalne – śnieg w jednym zakręcie i błoto oraz szuter w następnym.
Bohater miejscowych kibiców zasiadł w Subaru Imprezie S5 WRC, oklejonej w kultowe barwy 555. Nie był to jednak Colin McRae, a jego kolega z zespołu – Kenneth Eriksson. Wraz ze Staffanem Parmanderem wygrywali swój domowy rajd już w 1991 i 1995 roku, w barwach Mitsubishi.
Drugie z tych zwycięstw było jednak niezwykle kontrowersyjne. A to dlatego, że aż do ostatniego odcinka specjalnego, z blisko 40-sekundową przewagą, prowadził Tommi Mäkinen. Jednak na polecenie zespołu Fin zatrzymał się 500 metrów przed metą, przekazując zwycięstwo Erikssonowi.
Szwed w 1997 roku walczył więc o coś więcej niż samo zwycięstwo przed własnymi kibicami. Kenneth tym razem chciał wygrać tak, aby nikt nie miał wątpliwości, komu należało się pierwsze miejsce.
Aczkolwiek nie on jeden miał takie ambicje. Colin McRae chciał zmazać plamę po nieudanym Rajdzie Monte Carlo. Carlos Sainz, rozpoczynający drugi sezon w barwach Forda, miał ambicję, aby odnieść swoje pierwsze zwycięstwo na śniegu. Tommi Mäkinen chciał za to powtórzyć swój wyczyn z 1996 roku, gdy to on stanął na najwyższym stopniu podium.
Atak Szwedów i kłopoty Mäkinena

Warunki w pierwszy weekend lutego 1997 roku nie były na szczęście na tyle ciepłe, aby rozmrozić pokrywę lodową na rzece Klarälven. Tradycyjny oes „Inre Hamn”, przejeżdżany na zamarzniętych kanałach Karlstadu, mógł więc otworzyć rywalizację.
Gdy oczy kibiców skierowane były na czwórkę faworytów, na prowadzenie niespodziewanie wyszedł Thomas Radstrom. Szwed w starej Celice ST205 wygrał OS1, a następnego ranka wykręcił trzeci czas na OS2. Jego szczęście trwało krótko, bo już na OS3 przeskoczył go Sainz.
Żaden z zawodników na pierwszym etapie nie był jednak w stanie utrzymać prowadzenia na dłużej niż dwa odcinki. Sainza natychmiast wyprzedził Eriksson, wprawiając w euforię miejscowych kibiców. Po OS6 to jednak Finowie mieli więcej powodów do zadowolenia, gdy Mäkinen wygrał dwa odcinki i zameldował się na fotelu lidera.
Czytaj także: Od Irlandii po Arktykę – Historia innych zimowych rund w WRC i ERC
O pierwszej pozycji na zakończenie piątku miały jednak decydować opony. Załogi miały do przejechania, najdłuższy w rajdzie, 47-kilometrowy odcinek „Jutbo”, na którym większość śniegu zdążyła już stopnieć. Opony Michelin Mäkinena nie sprostały zadaniu i Fin był stanie wykręcić tylko szósty czas.
Niebawem Fin miał otrzymać kolejny cios. Po OS9 w jego Lancerze EVO IV zepsuł się system selekcji biegu. Usterkę co prawda udało się usunąć, ale Mistrzowie Świata za późno wyjechali z serwisu i dostali ponad minutę i dwadzieścia sekund kary. W efekcie piątek zakończyli dopiero na piątej pozycji.
Dużo mniej kolców na wieczornych odcinkach straciły opony Pirelli, w które uzbrojony był zespół Subaru. Ostatnie słowo tego dnia należało więc do Szwedów. Pierwszy etap na pozycji lidera kończyli Eriksson i Parmander. Na drugiej pozycji byli za to McRae i Grist.
Eriksson pod presją

Gdy ich kierowca zakończył pierwszy etap na szczycie tabeli, marzenia kibiców o zwycięstwie Erikssona zmieniły się w oczekiwanie. I Kenneth na początku sobotniego etapu ewidentnie nie dźwignął tej presji.
Tylko na jednym z czterech pierwszych odcinków wykręcił czas w pierwszej trójce. Jakby tego było mało, na OS14 zagrzebał się w jedynej bandzie śnieżnej na trasie rajdu i spadł na trzecią pozycję w generalce.
McRae tymczasem kontynuował dobre tempo z piątku. Wygrał dwa oesy i na półmetku sobotniej rywalizacji miał przewagę 11 sekund nad Sainzem. Jednak Colin też nie był odporny na błędy. Choć prowadził przez praktycznie cały drugi etap, to na przedostatnim odcinku wykręcił piruet, stracił prawie pół minuty i wylądował 10 sekund za Carlosem Sainzem.
Z kolei Eriksson usadowił się na trzeciej pozycji. Po południu znalazł równiejsze tempo, ale nie było ono tak szybkie jak w piątek. Nie był w stanie nawiązać do tempa dwóch najlepszych załóg i tracił do Sainza już 27 sekund. Jeśli chciał uszczęśliwić miejscowych kibiców, musiał się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności w niedzielę.
Narodziny legendy

W niedzielę oba niebieskie Subaru ruszyły więc do ataku. Najlepiej etap zaczął McRae. Szkot wykręcił, ex aequo z Erikssonem, najlepszy czas na OS19. Później na odcinku „Vargasen” przefrunął blisko 40 metrów na hopie i… znów był najszybszy. McRae objął więc prowadzenie i od wygrania Rajdu Szwecji dzieliły go zaledwie cztery odcinki.
Jedenaście lat później to miejsce oesu zostało nazwane jego imieniem. Tak właśnie powstało kultowe „Colin’s Crest”. Co roku przy okazji Rajdu Szwecji, a później Rajdu Skandynawii, mierzona była odległość skoku każdej z załóg, ku pamięci „Latającego Szkota”.
Na OS21 poziom kompletnie nieosiągalny dla rywali uzyskał Eriksson. Szwed „dokręcił śrubę” i pokonał Sainza aż o 14 sekund. To wystarczyło, żeby w jeden odcinek Kenneth wskoczył z trzeciego, na pierwsze miejsce.
Do mety dalej było jednak daleko, a kierowca Subaru miał tylko trzy sekundy przewagi. Na szczęście dla jego kibiców, decydujące znów okazały się opony. Sainz stracił większość kolców i wydawał się być usatysfakcjonowany drugim miejscem.
Niebezpieczeństwo mogło nadejść jeszcze ze strony McRae, który również jechał na oponach Pirelli. Jednak podobnie jak parę tygodni wcześniej w Monte Carlo, gdy już wydawało się, że Colin przywiezie dobry wynik, ten popełniał błędy. Więc zaledwie odcinek później Imprezą WRC Szkota znowu obróciło i to dwukrotnie. McRae stracił aż 40 sekund i znalazł się dopiero na czwartej pozycji.
Czytaj także: Remontada McRae – Rajd Wielkiej Brytanii 1995
Świetne tempo w niedzielę pokazywał za to Tommi Mäkinen. Fin wygrał aż trzy odcinki specjalne, ale piątkowa kara wciąż ciążyła na jego wyniku. Był w stanie co prawda wyprzedzić Colina, jednak najniższy stopień podium był poniżej ambicji Mistrza Świata.
Choć Eriksson wygrał w niedzielę tylko dwa odcinki, to dokonał tego z taką przewagą i w takim momencie, że przed ostatnim odcinkiem miał 16 sekund przewagi nad Sainzem. Kenneth mógł więc trochę rozluźnić ręce na kierownicy i dowieźć do mety zwycięstwo, w akompaniamencie wiwatów swoich kibiców.
29 lat posuchy

Pierwsze miejsce, wyrwane tak utytułowanym rywalom w pełnym dramaturgii rajdzie, musiało mieć niezapomniany smak dla szwedzkich kibiców. Tym bardziej, że jego blaskiem musieli się ogrzewać przez prawie trzy kolejne dekady.
Niestety dla miejscowych, ani Eriksson, ani żaden inny szwedzki kierowca nie był już w stanie nawiązać do wydarzeń z lutego 1997 roku. Sam Kenneth podjął potem w karierze parę błędnych decyzji, przechodząc najpierw do Hyundaia a później do Skody. Żaden z tych zespołów nie był mu w stanie dać rajdówki, w której mógłby powalczyć o marzenia szwedzkich kibiców.
Jego następcy też nie osiągnęli pełni potencjału. Per Gunnar Andersson, Daniel Carlsson, czy Pontus Tidemand zapowiadali się na gwiazdy rajdów, ale finalnie każdy z nich zagrał jedynie epizodyczną rolę w WRC.
Szwedom brakowało talentu klasy światowej, który mógłby rzucić wyzwanie Loebowi, Ogierowi i Rovanperze. Do tej pory. Oliver Solberg sam nie spodziewał się, że w Monte Carlo będzie walczył o podium, nie mówiąc już o zwycięstwie. Jeśli jednak wygrał rywalizację w Alpach, to w Szwecji na pewno należy go zaliczać do grona faworytów.
Co do tego, na ile mistrz WRC2 jest Szwedem a na ile Norwegiem, można mieć uzasadnione wątpliwości. Nie mają ich jednak Szwedzcy kibice, którzy po jego zwycięstwie na Monte, tłumnie rzucili się do kas biletowych Rajdu Szwecji.
Czy Solberg będzie tym, który spełni ich wielkie marzenia i przywróci „Du gamla, du fria” na ceremonię podium? Przekonamy się już 15 lutego.