Rajd Jordanii 2011 – gdy WRC ostatnio zawitało na Bliski Wschód
Po 14 latach przerwy, Rajdowe Mistrzostwa Świata wracają na Bliski Wschód. Jest to obszar, który rzadko miał okazję gościć najlepsze załogi na świecie. Rajd Arabii Saudyjskiej będzie dopiero trzecią arabską rundą WRC w historii. Dlatego warto przypomnieć sobie, co działo się przy okazji ostatniej wizyty serii w tej części świata. Oto historia Rajdu Jordanii 2011:
Opóźniona dostawa

„Pamiętacie Rajd Jordanii? Ależ to była fantastyczna impreza! Szkoda, że nie ma go już w WRC” – nie powiedział nikt, nigdy. Druga arabska runda w historii mistrzostw świata (bo nie zapominajmy o Rajdzie Maroka w 1973 roku), nie przypadła wielu osobom do gustu.
Organizowana w kraju ze znikomymi rajdowymi tradycjami, na środku pustyni, w monotonnej scenerii, ze śladowymi ilościami kibiców i brakiem jakiejkolwiek charakterystycznej atmosfery. Mimo to, jej ostatnia edycja w WRC, dostarczyła naprawdę niesamowitych emocji i najmniejszą różnicę czasową na mecie, pomiędzy zwycięzcą a drugim miejscem.
Duży wpływ na taki rozwój wypadku miało jednak to, co wydarzyło się jeszcze przed rajdem. Statki z kontenerami, w których znajdowały się rajdówki i całe zaplecze zespołów, przybiły do portu w Haifie z dużym opóźnieniem. W efekcie, park serwisowy powstał dopiero w nocy z czwartku na piątek.
Pierwszy dzień rajdu trzeba było odwołać. Na zawodników czekały dwa dni rywalizacje, na które składało się 14 odcinków. Do pokonania wciąż było jednak 260km, a załogi znużone kąpielami w Morzu Martwym, z ochotą wskoczyły na pokłady rajdówek.
Gambit Ogiera

Pustynne trasy okazały się w 2011 roku bardziej podstępne niż w poprzednich latach. Nowe, mniejsze rajdówki WRC, radziły sobie z wymiataniem szutru gorzej, niż Citroeny C4 i Fordy Focusy. Dlatego, optymalną przyczepność miała czasem dopiero czwarta, albo piąta załoga na trasie.
Takie warunki z miejsca wyeliminowały z walki lidera mistrzostw – Mikko Hirvonena. Niewiele lepiej na pierwszym etapie, pomimo trzeciej pozycji na drodze, radził sobie Jari-Matti Latvala. Fin po porannej pętli był dopiero na czwartej pozycji.
Na drugim biegunie były za to załogi Citroena. Loeb i Ogier jechali „na remis” w generalce po dwóch pierwszych odcinkach specjalnych. Do walki o prowadzenie, niespodziewanie włączył się też Petter Solberg w prywatnym DS3 WRC. Norweg wygrał OS8 i znalazł się na drugiej pozycji po pierwszej pętli.
Chłopców od mężczyzn miał jednak oddzielić mierzący 41km oes wzdłuż rzeki Jordan. Pofalowana droga, składająca się z kamieni i śliskiego szutru, na zużytych oponach – to było największe wyzwanie w pierwszej części sezonu. Celująco poradził sobie z nim Sebastien Ogier, wygrywając odcinek o 2.4 sekundy z Solbergiem. To właśnie Francuz zjeżdżał do serwisu na pozycji lidera.
Po południu z letargu przebudził się w końcu Latvala, wygrywając odcinki 10 i 11 i wskakując, na drugie miejsce, za Ogiera. Mniej udane popołudnie zaliczył jego kolega z zespołu – Mikko Hirvonen. W drugiej Fieście WRC padło wspomaganie, i Fin mógł żegnać się zarówno z podium Rajdu Jordanii, jak i z pozycją lidera w punktach.
Najdłuższy w rajdzie oes „Jordan River” przyniósł na drugim przejeździe iście szachowe emocje. A to dzięki absurdalnym zasadom panującym wtedy w WRC, w myśl których lider po drugim etapie, wyjeżdżał pierwszy na trasę na trzecim etapie.
Loeb zatrzymał się więc na trasie odcinka, by zapewnić sobie, że nie obejmie prowadzenia w rajdzie. Francuz nie przewidział jednak, że dokładnie to samo zrobią Latvala i Solberg, równie przerażeni perspektywą odkurzania kolejnych siedmiu odcinków.
Z układu wyłamał się za to Sebastien Ogier. Drugi kierowca Citroena, trzymał gaz w podłodze, wygrywając odcinek o 18 sekund nad rywalami. W swojej pokerowej zagrywce Seb obstawił, że cisnąc na najdłuższej próbie rajdu zyska więcej czasu, niż straci na ośmiu kolejnych. 115 kilometrów niedzielnego etapu, miało sprawdzić jego hipotezę.
Dorwać Francuza

Loeb i Latvala rzucili się więc w pogoń za młodym Francuzem. Ogier jednak desperacko bronił swojej pół-minutowej przewagi i na koniec pierwszej pętli miał powody do ostrożnego optymizmu. Jego prowadzenie oczywiście zmalało, ale do 18.9 sekundy.
Błędy w takiej sytuacji były jednak nieuniknione. Co zaskakujące, pierwszy zaczął je popełniać… Sebastien Loeb. Francuz dwukrotnie przestrzelił hamowanie i w efekcie spadł za Latvalę, na trzecie miejsce w generalce.
Poza walką był już za to Petter Solberg, który w cztery odcinki odrobił do Ogiera, zaledwie 5 sekund. Na domiar złego, na pierwszym oesie drugiej pętli, Norwegowi uciekł tył jego rajdówki i wylądowała ona w rowie. Mistrz Świata z 2003 roku, zamiast walki do zwycięstwo, szykował się do powrotu do domu.
Na popołudniowych odcinkach tempo musiał podkręcić Jari-Matti Latvala, jeśli chciał dorwać jeszcze Ogiera. Fin zrobił właśnie to. W dwa odcinki urwał z przewagi rywala aż 14 sekund i stało się jasne, że Rajd Jordanii rozstrzygnie się na ostatnich metrach.
Tymczasem, tracąc 20 sekund, na dwa odcinki przed końcem, pogoń za młodszym kolegą odpuścił Sebastien Loeb. Trzecie miejsce i tak pozwalało Mistrzowi Świata na przeskoczenie Hirvonena w klasyfikacji punktowej. W ocenie Loeba, w Jordanii mógł już więcej stracić, niż zyskać.
Natomiast przedostatni odcinek rajdu, również padł łupem Latvali. Tym razem był szybszy od Ogiera o ponad 5 sekund, co sprawiło, że pierwszy raz w tamten weekend, kierowca Forda, znalazł się na prowadzeniu. O zaledwie 0.5 sekundy. Czy to oznaczało, że zagrywka Ogiera nie wypaliła?
Do ostatnich metrów

Tak mógł pomyśleć tylko ktoś, kto nie znał Seba. Szczęśliwie dla niego, kolejność startowa przed Power Stage’m zostawała odwrócona. Oznaczało to, że wyjedzie na finałową próbę jako ostatni samochód WRC i na odkurzonej drodze, będzie mógł w końcu wyprostować prawą nogę.
Zarówno Latvala i Ogier przejechali 10-kilometrowy Power Stage, tak jakby miał to być ich ostatni odcinek w karierze. Karbonowe poszycie pękało po lądowaniu na wybojach, a tylne koła o milimetry mijały kamienie.
Jako pierwszy na mecie zameldował się Latvala. Wolniejszy na odcinku od Hirvonena i Loeba. Ale wzrok Fina nie szukał ich czasów na tablicy, tylko skierował się od razu na ekran telewizora, ustawionego na podium. Na nim przez jordańskie bezdroża przebijał się Citroen DS3 WRC Ogiera.
Niebawem serce podeszło Latvali do gardła, gdy na ostatnim splicie, przy czasie Seba wyskoczyło zielone okienko: „-0.4”. To było wciąż zbyt mało, by Francuz wygrał Rajd Jordanii. Ale znalezienie dwóch dziesiątych sekundy na dwóch kilometrach, zdecydowanie było w zasięgu Ogiera.
Napięcie na mecie sięgało zenitu. Citroen Seba wyskoczył z ostatniego zakrętu, muskając banery reklamowe tylnym zderzakiem. Francuz wbił gaz w podłogę, mając przed oczami kilkaset metrów prostej, zakończonej czerwonymi tabliczkami linii mety. Ogier był szybszy…
… o 0.7 sekundy. Tyle wystarczyło. Oznaczało to, że wygrał Rajd Jordanii o 0.2 sekundy w klasyfikacji generalnej.
„Zrobiłeś to!” – to były pierwsze słowa, jakie Francuz usłyszał, gdy otworzył drzwi samochodu na mecie stop.
Wraz z Julienem Ingrassią w euforii, wskoczyli na dach swojego Citroena. Jari-Matti Latvala patrzył na ekran z miną dziecka, któremu z ust zabrano lizaka. Odetchnął, wbił wzrok w ziemię i sam ruszył na metę stop, pogratulować Sebastienowi.

W ten oto sposób najbliższy finisz w historii WRC stał się faktem. Ogier i Latvala pobili rekord należący do Gronholma i Loeba, których na mecie Rajdu Nowej Zelandii 2007 dzieliło tylko 0.7 sekundy. 13 lat później, Seb powtórzył ten wynik. Aczkolwiek tym razem znalazł się po drugiej stronie barykady. Na ostatnim odcinku Rajdu Sardynii przebił oponę, dzięki czemu zwycięstwo zgarnął Ott Tanak. Również, o 0.2 sekundy.
Czy ten rekord kiedykolwiek zostanie pobity? Szanse są niewielkie, ale nie zerowe. Szczególnie przy coraz krótszym dystansie rajdów i mniejszych różnicach między zawodnikami. Raczej nie wydarzy się to podczas Rajdu Arabii Saudyjskiej, ale musicie przyznać, że taki scenariusz, w bezpośredniej walce o mistrzostwo byłby czymś magicznym.