Prawo dżungli – Rajd Indonezji
W Indonezji hazard jest niezwykle popularny. Nic więc dziwnego, że gdy Rajd Indonezji dołączył do kalendarza WRC, rywalizacja w nim była równie nieprzewidywalna co zakłady na ruletce. Rajdówki w dżungli, błoto, masa wycofań i kontrowersji – oto historia dwóch pamiętnych Rajdów Indonezji.
Nowe, stare twarze

W 1996 roku zawody na stały się pierwszą rundą Rajdowych Mistrzostw Świata, w Azji. Mimo to, zawodnicy wcale nie rzucali się w nieznane. Rajd Indonezji, od 1989 roku był bowiem rundą Mistrzostw Azji i Pacyfiku.
Ten cykl, dzięki wzrostowi popularności rajdów na półkuli północnej, przeżywał w latach 90. swoje złote czasy. W rundach APRC startowały fabryczne zespoły Subaru, Mitsubishi i Toyoty. Rok przed debiutem w Mistrzostwach Świata, do Indonezji przyjechali, w ramach treningu, Tommi Makinen, Ari Vatanen i przede wszystkim – Colin McRae. Szkot zresztą wygrał tamtą edycję rajdu.
Tym razem warunki zapowiadały się na dużo bardziej wymagające. Choć deszcz nie spadł podczas samego rajdu, to nawiedził Północną Sumatrę w dniach poprzedzających start rywalizacji. Na załogi czekało więc 27 odcinków specjalnych na błocie tak śliskim, że Pirelli i Michelin zmuszone było przygotować na nie specjalne, węższe opony.
„To było niczym jazda na slickach po lodzie w Monte Carlo” – mówił Carlos Sainz
„To jak jazda kostką mydła pod prysznicem” – wtórował mu Nicky Grist.
Klasyczny Colin

Jak można się było spodziewać, już pierwszy etap Rajdu Indonezji, zdziesiątkował stawkę. Pierwszymi pechowcami okazali się Richard Burns i Robert Reid. Ich Mitsubishi Lancer EVO nie skręcił w jednym z zakrętów i zatrzymał się dopiero na pieńku, który uszkodził chłodnicę oleju.
O dużym szczęściu mogli mówić Piero Liatti, a także Tommi Makinen. Włoch zaliczył bliskie spotkanie z drzewem, a Fin z betonowym mostkiem – obaj byli w stanie kontynuować rywalizację. Z rywalizacji odpadł za to Gwyndalf Evans. Powody jego wycofania były jednak bardziej prozaiczne – w jego fabrycznym Fordzie Escort skończyło się paliwo.
Gdy rywale ślizgali się na sumatrańskim błocie, Colin McRae rozgaszczał się w fotelu lidera. Jego przewaga niebawem miała się powiększyć, bo na początku drugiego dnia szczęście opuściło Makinena.
W Mitsubishi Fina padł silnik i również on mógł wracać już do domu. Prowadzenie załogi Subaru wynosiło więc już ponad 3 minuty. Jedynym zawodnikiem, który mógł jeszcze zabrać Colinowi zwycięstwo, był on sam.
Szkot przyzwyczaił jednak swoich kibiców do wyrywania porażek z paszczy zwycięstwa i tę sztukę kontynuował w Indonezji. Już o poranku ostatniego dnia rajdu, w kokpicie Subaru Imprezy padł interkom.
Derek Ringer pokazywał więc Colinowi na palcach kierunek i stopień zakrętu. Jeden z łuków zgubił się jednak „w tłumaczeniu”, co poskutkowało spektakularnych dachowaniem i wycofaniem się lidera rajdu.
Legalna Celica, nielegalny Escort?

Na prowadzenie niespodziewanie wskoczyli więc Juha Kankkunen i Nikcy Grist. Fińsko-walijska załoga jechała w barwach Toyoty, która została zdyskwalifikowana z WRC rok wcześniej, za nielegalną zwężkę turbo.
Zakaz ten okazał się jednak banalnie prosty do ominięcia. Wykluczony z Mistrzostw Świata został zespół „Toyota Team Europe”, a Kankkunen do Rajdu Indonezji zgłosił się w ekipie „Toyota Team Australia”.
Tak czy inaczej, Fin długo nie cieszył się z pozycji lidera. Chwilę później Juha uszkodził chłodnicę w swojej rajdówce i resztę odcinków musiał przejechać wolniejszym tempem. To oznaczało, że rzutem na taśmę, Rajd Indonezji wygrali Carlos Sainz i Luis Moya.
… a przynajmniej tak się wydawało. Sędziowie dostarczyli ostatni zwrot akcji w tym dramatycznym weekendzie, wykluczając hiszpańską załogę z wyników, już po zakończeniu ostatniego odcinka. Powód? Przekroczenie czasu na jednym z serwisów.
Ostatnie słowo miał tu jednak Ford. Szefowie zespołu odwołali się od decyzji, a sędziowie po ponownym przeanalizowaniu sytuacji, cofnęli dyskwalifikację Sainza. Pierwsze zwycięsto „El Matadora” w barwach ekipy z Boreham, stało się faktem.
Szansa na rewanż

Mimo tych kontrowersji, pierwsza edycja Rajdu Indonezji w WRC okazała się na tyle dużym sukcesem, że po roku wróciła do kalendarza Mistrzostw Świata. Tym razem na oesy wokół Medan miała zagościć nowa generacja rajdówek WRC.
Zawody przeniesiono z maja na wrzesień, co oznaczało mniej stabilne warunki atmosferyczne i wyższe temperatury. W połączeniu z wysoką wilgotnością, wnętrza rajdówek przypominały fińskie sauny. Jeśli wierzyć jednemu z mechaników Mitsubishi, zawodnicy wypijali dziennie po 14 litrów wody.
Choć zmieniły się samochody, składy i barwy, to najbardziej zmotywowanym do zwycięstwa zawodnikiem, ponownie był Colin McRae. Szkot, tym razem z Nicky’m Gristem u boku, potrzebował w Azji dobrego wyniku, aby odrobić stratę do Makinena, po wycofaniach w trzech ostatnich rajdach.
To właśnie zawodnik Subaru najlepszej wszedł w rywalizację. Colin wygrał pięć z ośmiu odcinków na pierwszym etapie i wracając do serwisu cieszył się z pokaźnej, 35 sekundowej przewagi nad Makinenem. Czyżby szczęście McRae miało się odwrócić?
Za plecami prowadzącej dwójki, znajdował się duet, który w 1996 roku walczył o zwycięstwo w rajdzie – Kankkunen i Sainz. Zawodnicy Forda nie wiedzieli jeszcze, że i w tej edycji, to oni będą rozstrzygać o najwyższym stopniu podium.
Rajd Indonezji był też drugim występem nowej broni Toyoty – Corolli WRC. Japoński koncern do dzisiaj nie wspomina jednak dobrze tego występu. Didier Auriol najpierw zmagał się z awarią przeniesienia napędu na pierwszym etapie, a potem wycofał się po awarii elektryki.
Dzień Świstaka

Na drugim etapie rajdu załogi musiały zmierzyć się z deszczem. Mimo pogarszających się warunków, tempa nie chciał zredukować Colin McRae. Choć wygrał dwa pierwsze odcinki dnia, to niebawem miał ponieść konsekwencje swojej szaleńczej jazdy. Na OS12 kompletnie przestrzelił lewy zakręt i uderzył w drzewo.
Szkot był w stanie ukończyć odcinek i dojechać do serwisu, ale tuż przed namiotem Subaru, silnik jego Imprezy WRC stanął w płomieniach. Mimo wysiłku i potu mechaników, rajdówka już nie odpaliła. McRae po raz drugi wypuścił z rąk pewne zwycięstwo w Indonezji.
Niewiele lepiej radził sobie Tommi Makinen. Na tym samym odcinku na którym błąd popełnił jego rywal, pomylił się także Fin. Mistrz Świata nie wyhamował przed innym lewym zakrętem i uderzył w… rower, zostawiony przez jednego z kibiców. Choć zdarzenie wyglądało niegroźnie, to rama pojazdu przedziurawiła chłodnicę i po paru kilometrach, również Makinen musiał się wycofać.
W efekcie, tak jak rok wcześniej, po odpadnięciu Colina i Tommiego, liderem został Juha Kankkunen. I jak rok wcześniej – nie dał rady utrzymać Sainza za plecami. Fin nie radził sobie w rzęsistym deszczu.
– Zaczyna padać jeszcze mocniej, co zrobisz? – spytał reporter
– Pojadę do domu – odpowiedział Kankkunen.
Sainz po raz drugi

Kankkunen co prawda do domu nie pojechał, ale w pojedynku z Sainzem znów nie miał szans. Trzeciego dnia rajdu, Hiszpan obronił swoją 20-sekundową przewagę i drugi rok z rzędu mógł cieszyć się ze zwycięstwa w Indonezji. Było to drugie zwycięstwo w sezonie, zarówno dla „El Matadora”, jak i dla Forda. Najszybsi okazali się także na Akropolu.
Zdruzgotany McRae, wygrał potem ostatnie trzy rajdy sezonu, ale nie wystarczyło to by dogonić Makinena. Fin wygrał mistrzowski tytuł o zaledwie jeden punkt. Do dzisiaj brytyjscy kibice zastanawiają się, co by było gdyby Szkot nie popełnił błędu na Sumatrze.
Rajd Indonezji miał dostać kolejny sequel w 1998 roku, bo ponownie znalazł się w kalendarzu WRC. Jednak zanim nadszedł wrzesień i najlepsze rajdowe załogi miały okazję, powrócić do Medan, przydarzył się 21 maja.
Wtedy, po masowych demonstracjach i zapaści ekonomicznej, upadły autorytarne rządy prezydenta Suharto. FIA widząc chaos i niestabliną sytuację polityczną, odwołała 23 edycję Rajdu Indonezji.
Od tego czasu w państwie na Pacyfiku sporo się zmieniło. Indonezja skutecznie przeszła demokratyczną transformację i ustabilizowała swoją sytuację polityczną. Więc nic dziwnego, że organizatorzy Rajdu Indonezji od lat starają się powrócić do WRC. Na ten moment zawody wciąż są częścią Mistrzostw Azji i Pacyfiku, ale dzięki wsparciu państwa, Indonezja może niedługo powrócić na rajdowy piedestał.