Poprzednio na asfalcie – Rajd Polski 2004
Dzięki przenosinom do Katowic, Rajd Polski wraca na asfalt po 22 latach przerwy. Pora przypomnieć sobie, co działo się, gdy nasza flagowa impreza odbywała się na tej nawierzchni. Cofnijmy się więc do pewnego majowego weekendu w Kłodzku.
Polska gościnność

Teoretycznie, przed startem 61. Edycji Rajdu Polski, mieliśmy prawo wierzyć. Co prawda nasza runda była częścią kalendarza Mistrzostw Europy, ale od 1997 roku polscy kierowcy odstąpili najwyższy stopień podium tylko dwukrotnie.
Rzecz w tym, że do 2004 roku realia w ERC i RSMP kompletnie się zmieniły. Samochody WRC były już zarezerwowane tylko dla mistrzostw świata. Na europejskiej arenie nastały więc czasy Grupy N i raczkującej klasy Super 1600.
Zmieniła się także formuła europejskiego czempionatu. System współczynników trudności poszedł w niepamięć, na rzecz prostszego i krótszego kalendarza, liczącego dziewięć rajdów. Ten w Kłodzku, miał być jego drugą rundą.
A to oznaczało, że na Dolny Śląsk przyjechała czołówka ERC, na czele z Mistrzem Europy – Bruno Thiry’m. Belg zasiadał w nowym Citroenie C2 S1600, dla którego był to debiut w międzynarodowej imprezie.
Oprócz niego na rampie startowej znaleźli się między innymi: Simon Jean-Joseph i Luca Pedersoli w wiekowym Peugeot 306 Maxi. Kit car miał pokazać jednak, że mimo upływu lat, wciąż jest postrachem „czterołapów”.
Modły o deszcz

Polskie załogi czekała więc ciężka przeprawa. Największe nadzieje upatrywano w Leszku Kuzaju i Macieju Szczepaniaku, którzy przyjechali do Kłodzka świeżo po zwycięstwie w Rajdzie Elmot.
Presja dała się jednak we znaki popularnemu „Kuziemu”. Zapewne miał jeszcze w pamięci blamaż z poprzedniej edycji Rajdu Polski, gdy nie dojechał nawet do mety pierwszego odcinka. Dlatego otwierającą pętlę 61. edycji pojechał nerwowo, jakby stremowany ciążącymi na nim oczekiwaniami. Mimo to, zajmował drugie miejsce po trzech oesach.
Dwa z nich wygrał Simon Jean-Joseph. Kierowca z Martyniki padł jednak ofiarą pierwszego przejazdu „Międzylesia”, na którym przebił oponę. Liderem został więc Pedersoli, mimo że nie wygrał żadnego z trzech porannych oesów.
Falstart do rajdu zaliczył za to Bruno Thiry. Mistrza Europy, z walki o najwyższe pozycje wyeliminowała… awaria wyświetlacza biegu na desce rozdzielczej.
Na drugiej pętli Jean-Joseph wrócił po swoje. Niebiesko-żółte Clio było najszybsze tylko na jednym odcinku, ale to wystarczyło, aby przeskoczyć o dwie pozycje. Odskoczyć rywalowi nie pozwalał Pedersoli, który tracił mniej niż 3 sekundy. Na trzecie miejsce spadł z kolei Kuzaj.
Sytuacja daleka była od dramatycznej, ale przebieg pierwszych sześciu odcinków nie pokrywał się z polskimi marzeniami. W starciu z potężnymi, lekkimi ośkami czołówki ERC, pomóc mogło tylko jedno – deszcz.
Podczas ostatniej pętli pierwszego etapu, błagania kibiców zostały wysłuchane. Na OS8 pojawiły się obfite opady. To wystarczyło. Leszek Kuzaj momentalnie wskoczył na pozycję lidera, z blisko 18 sekundową przewagą.
Nad „Kuzim” ewidentnie czuwała opatrzność, bo odcinek później wykręcił piruet w leśnej sekcji, przy 170 km/h na liczniku. Jakimś cudem skończyło się tylko na zarysowanym zderzaku. Rywale też sobie nie pomagali. Jean-Joseph znów przebił oponę, a Pedersoli nie trafił z mieszanką ogumienia.
28 maja polscy kibice mogli kłaść się spać pełni nadziei. Kuzaj prowadził w rajdzie z bezpieczną przewagą nad włoską załogą.
Południowe słońce

Ta przewaga „bezpieczna” była tylko pozornie. W niedzielę nad Kłodzkiem niebo było czyste a pogoda słoneczna. Każdy, kto śledził starcia Grupy N z przednionapędową Grupą A na przełomie XX i XXI wieku, wiedział, że dla Kuzaja oznacza to gigantyczne kłopoty.
Już pierwsza poranna pętla pokazała, że walka o zwycięstwo wciąż jest otwarta. Liderująca polska załoga nie wygrała żadnego z trzech pierwszych odcinków. Na ich szczęście najszybsze czasy kręcił Jean-Joseph, rozpoczynający etap z dziewiątego miejsca. Pedersoli bowiem ponownie źle dobrał opony.
Aczkolwiek na drugiej pętli Włoch w końcu trafił z ustawieniami i rozpoczął swój koncert. Przewaga Kuzaja topniała wprost proporcjonalnie do tempa znikania uśmiechów z twarzy polskich kibiców. Leszek dawał z siebie wszystko, ale na OS16 zmiana lidera stała się faktem.
Przewaga Pedersolego nie była spora. Wynosiła zaledwie 2.6 sekundy, gdy do przejechania wciąż było ponad 40 kilometrów oesowych. Na ostatniej pętli szybko stało się jednak jasne, że Włoch wygrał ten pojedynek na poziomie mentalnym.
Kuzaj praktycznie wywiesił białą flagę. Finałowe trzy odcinki przejechał oszczędnym tempem, nie notując ani jednego czasu w pierwszej trójce. To wciąż wystarczyło na drugą pozycję w rajdzie, ale pierwsze nuty „Fratelli D’Italia” na podium w Kłodzku przyprawiały fanów o lekki niedosyt.
Ostatni chichot „ośki”

Luca Pedersoli swoim zwycięstwem obalił popularny wtedy mit. Do ostatniego weekendu lipca 2004 powszechnie uważano, że na brudnych dolnośląskich asfaltach, można wygrać tylko w aucie z napędem na cztery koła.
Nic dziwnego. Aby przypomnieć sobie poprzednie zwycięstwo rajdówki z napędem na przednią oś w Rajdzie Polski musielibyśmy się cofnąć jeszcze… o 38 lat. W 1966 roku rywalizację wygrali bowiem Tony Fall i Atis Krauklis w Mini Cooperze.
W pewnym sensie, na ratunek czterołapom przyszła FIA. Organizatorom Rajdu Polski oznajmiono, że największe szanse na miejsce w kalendarzu mistrzostw świata mają zawody szutrowe. Dlatego rok później nasza flagowa impreza miała już bazę w Mikołajkach.
Na mazurskich oesach różnice pomiędzy samochodami z napędem na przednią oś i na obie osie były już zbyt duże. Tak więc po dzień dzisiejszy żadna ośka Rajdu Polski już nie wygrała. W ten weekend, do zwycięstwa rajdówki Rally4 potrzeba by było trzęsienia ziemi.
Aczkolwiek jeśli zwycięstwo Luki z 2004 roku czegokolwiek nas nauczyło, to żeby w kontekście Rajdu Polski nigdy nie mówić „nigdy”.