Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Pierwszy latający Kiwi – Rajd Argentyny 2016

W Rajdowych Mistrzostwach Świata nadszedł czas na południowoamerykańską część sezonu. Z tej okazji zabieramy Was dzisiaj w podróż do poprzedniej dekady. Zwroty akcji, dramaturgia i zacięta walka, zakończona przejazdem, który do dziś uznawany jest za jeden z najlepszych w najnowszej historii WRC. Tak wyglądał 36. Rajd Argentyny.

Klątwa Villa Carlos Paz

Zajrzyjmy do gabloty z nagrodami w domu Sebastiena Ogiera. Dwieście dwanaście startów w mistrzostwach świata, dziewięć tytułów i sześćdziesiąt dziewięć wygranych rajdów. Dorobek, który robi wrażenie. A jednak wśród tych wszystkich trofeów, wciąż jest jedno puste miejsce – powinien stać tam puchar za zwycięstwo w Rajdzie Argentyny.

Na półkach w domu Francuza na próżno szukać łupów z zawodów w Cordobie i to pomimo faktu, że Ogier brał w nich udział aż dziesięciokrotnie. Do dzisiaj argentyńska runda WRC pozostaje „białym wielorybem” Seba.

Będąc sprawiedliwym, dziewięciokrotnemu Mistrzowi Świata nigdy nie było po drodze z trasami wokół Villa Carlos Paz. W 2013 roku przebił oponę. Dwa lata później wyeliminowała go awaria silnika. Sezon 2016 wydawał się jednak idealnym momentem, by przełamać tę klątwę.

Seb Ogier był wówczas u szczytu formy, wygrywając dwie z trzech pierwszych rund mistrzostw. Zresztą, nie tylko on znajdował się na fali. Volkswagen Motorsport doprowadził Polo R WRC do perfekcji – ich rajdówka nie oddała rywalom najwyższego stopnia podium od Rajdu Argentyny… w 2015 roku.

Na Francuza w niemieckiej rajdówce nie było mocnych. A przynajmniej tak się mogło się wydawać.

Teoria liczb

fot. Ladislav Holecek

Numer 20 zawsze był dla Haydena Paddona szczególny. Zespół Hyundaia wprowadził go, aby uczcić dwudziestolecie modelu i20, na którym oparta była ich rajdówka. Tak się składa, że „dwudziestka” trafiła akurat na samochód Nowozelandczyka.

Hayden nie oponował. Przyszedł na świat 20 kwietnia 1987 roku, więc „dwudziestkę” traktował jako swoją szczęśliwą liczbę. W przesądzie było ziarno prawdy, bo to właśnie te cyfry Paddon wiózł na drzwiach, gdy zdobywał swoje pierwsze podium w Rajdzie Sardynii 2015. Numer towarzyszył mu też, gdy w kolejnym sezonie wyrósł na niespodziewanego lidera Hyundaia.

Nowozelandczyk rozpoczął co prawda swoją kampanię od 25. miejsca w Monte Carlo, ale później było już znacznie lepiej: drugie miejsce w Szwecji i piąte w Meksyku. Czuł, że premierowe zwycięstwo w WRC jest na wyciągnięcie ręki. Czy mogło nadejść właśnie w Argentynie?

Klasyczny Latvala

fot. Red Bull Content Pool

Po pierwszej piątkowej pętli na czele tabeli nie znajdował się jednak żaden z opisywanych zawodników. Liderem był Jari-Matti Latvala, który wykręcił najlepszy czas na dwóch odcinkach. Po południu Fin nie zwalniał tempa – wygrał kolejne dwie próby i zakończył dzień na prowadzeniu.

Mimo to rywale siedzieli mu na ogonie. Zaledwie 8 sekund, pomimo odkurzania trasy, tracił Sebastien Ogier. Kolejne 3.5 sekundy z tyłu był Hayden Paddon, który demonstrował w ten sposób potencjał nowego i20 WRC.

Z praktycznie każdej perspektywy, piątkowy etap ułożył się po myśli Volkswagena. Niemieckie rajdówki zajmowały przecież dwie pierwsze pozycje. Sobota miała jednak skutecznie nasypać piachu w tryby maszyny Josta Capito. I to dosłownie.

Rywalizacja przeniosła się bowiem na północ, gdzie na załogi czekały teraz odcinki, o znacznie bardziej miękkiej i luźnej nawierzchni.

Jako, że w tamtym sezonie lider mistrzostw otwierał trasę przez dwa dni ścigania, Sebastien Ogier miał przed sobą etap pełen męki. Francuz, wymiatający z drogi kamienie i sypki piach stracił masę czasu.

Co więcej, w sobotę, niczym z procy, wystrzelił Paddon. Kierowca Hyundaia rozpoczął dzień od dwóch oesowych zwycięstw i jeszcze przed serwisem przeskoczył Ogiera, awansując na drugą pozycję. Pocieszeniem dla Volkswagena było natomiast to, że swoje piątkowe tempo wciąż utrzymywał Latvala.

Jari-Matti korzystał na pojedynku rywali za swoimi plecami i cierpliwe powiększał przewagę. Na dwa oesy przed końcem etapu wynosiła ona już ponad 14 sekund.

Za Finem ciągnęła się jednak długa lista porażek wyrwanych z paszczy zwycięstwa. Po 14. odcinku nr 14 trzeba było dopisać do niej także Rajd Argentyny 2016. W Polo R WRC zawiódł amortyzator, który przebił się nagle przez maskę rajdówki. W tym momencie kierowca i pilot stali się już tylko pasażerami. Po spektakularnym dachowaniu, marzenia o zwycięstwie Latvali legły w gruzach.

Tymczasem Paddon dostał szansę, na którą czekał od lat. Na trzy odcinki przed końcem rajdu prowadził w rundzie WRC. Jego przewaga nad Ogierem wynosiła prawie 30 sekund.

Lot nad kondorem

fot. Red Bull Content Pool

Hayden bardzo szybko przekonał się, że taka różnica, przy Sebastienie z Volkswagena, wcale nie jest bezpieczna. Jego rywal potrzebował zaledwie dwóch odcinków, by odrobić niemal całą stratę. Przed finałową próbą dzieliło ich zaledwie 2,6 sekundy.

Czwarta runda WRC zmierzała więc do dramatycznego finału. O zwycięstwie miał zadecydować ostatni przejazd kultowego odcinka „El Condor”.

To wizytówka nie tylko Rajdu Argentyny, ale wręcz całego południowoamerykańskiego motorsportu. Górska, licząca 16 kilometrów trasa, biegnąca w „księżycowym” krajobrazie pośród skał i kamieni, każdego co roku dziesiątkowała stawkę rajdu.

Nawet ostrożne i pozbawione ryzyka przejazdy tego odcinka kończyły się kapciami, połamanymi wahaczami i pękniętą karoserią. Tymczasem Paddon i Ogier mieli przejechać go z gazem w podłodze, walcząc o zwycięstwo.

Nie ulegało wątpliwości, po której stronie była inicjatywa. Na pierwszym przejeździe Seb pokonał Haydena o ponad dziesięć sekund. Co więcej, jeszcze przed startem Nowozeladnczyk meldował o problemach z hamulcem ręcznym.

Niektórzy kibice mogli więc wzruszyć ramionami i przygotować się na kolejny triumf Francuza. Przecież w rajdach i tak zawsze na koniec wygrywa Sebastien.

Nie tym razem.

Trudno powiedzieć, na ile problemy z hamulcem były psychologiczną zagrywką Paddona, a na ile ich naprawienie po prostu rzeczywiście dodało kierowcy Hyundaia pewności siebie. Faktem jest pozostaje jednak jedno: tamten 19-kilometrowy odcinek był najlepszym przejazdem w karierze Haydena.

Nowozelandczyk w godzinie próby, utrzymał idealną linię w każdym zakręcie i wyhamował perfekcyjnie w każdym zakręcie. Jechał tak, jakby wychował się między wśród skał El Condor. To był przejazd, którego nie sposób oddać samymi słowami. Dlatego po prostu go zobaczcie:

Dwudziestka po raz kolejny przyniosła Paddonowi szczęście. Na mecie był szybszy od Ogiera… o 11.7 sekundy. Odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w WRC w niezapomnianym stylu. Ponadto dał też pierwszy triumf nowej generacji Hyundaia i20.

Rajdowa magia

fot. Red Bull Content Pool

Reszta Dalsza część kariery Nowozelandczyka w WRC potoczyła się niestety tak, że triumf w Argentynie pozostał jego jedynym zwycięstwem na tym poziomie. Hayden nie ma jednak powodów do wstydu. Oprócz pucharu przywiezionego z Cordoby, ma w swoim dorobku również dwa tytuły mistrza Europy.

Jego wygrana na „El Condor” pokazuje jednak coś więcej. W południowoamerykańskich górach najwyraźniej jest coś, co wymyka się zdrowemu rozsądkowi. Dlatego przed wizytą w Chile warto trzymać się każdego przesądu. Nawet jeśli jest nim… szczęśliwy numer.

Udostępnij!