Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Petter Solberg – mistrz rodem z Hollywood

18 listopada 1974 roku, na świat przyszedł jeden z najbardziej uwielbianych kierowców rajdowych. Choć Mistrzem Świata był tylko raz, to tytuł zdobył w jednym najbardziej emocjonujących finałów WRC, w historii. Oto opowieść o jedynym tytule Pettera Solberga.

Underdog

Gdyby trzy lata wcześniej ktoś powiedział Petterowi Solbergowi, że 9 listopada 2003 roku, od tytułu Mistrza Świata będzie go dzielić 12 kilometrów oesu „Margam Park”, to Norweg spojrzał by na niego z uśmiechem politowania.

Po nieudanej przygodzie w Fordzie, Petter wylądował w połowie 2000 roku w Subaru. Początki nie zapowiadały, że współpraca ta przyniesie jakikolwiek sukces. Z pierwszych dziesięciu startów w Imprezie WRC, Solberg ukończył tylko trzy.

W 2001 roku przyćmił go Richard Burns, a gdy rok później Anglika zastąpił Tommi Makinen, wszyscy spodziewali się, że również przy Finie, Norweg grać będzie „drugie skrzypce”. Nic bardziej mylnego.

W głowie Pettera coś wreszcie przeskoczyło. Do tej pory ciągnęła się za nim opinia kierowcy z równie wielkim potencjałem do wygrywania rajdów, jak i do kończenia ich na dachu. W 2002 roku pokazał w końcu, że potrafi dowozić do mety dobre wyniki.

Przeskoczył Makinena w klasyfikacji generalnej. Zajął sensacyjne drugie miejsce w mistrzostwach i wygrał swój pierwszy rajd – w Walii, w której za rok miały spełnić się jego marzenia.

Mimo to, do sezonu 2003, Norweg nie przystępował jako faworyt do tytułu. Nie powinno to dziwić nikogo, kto spojrzał na stawkę z tamtego roku. Wystarczy wspomnieć „dream team” Citroena z Sainzem, Loebem i McRae. Albo ekipę Peugeot, z broniącym tytułu Gronholmem i wciąż głodnym Richardem Burnsem. Swoje „trzy grosze” do walki o tytuł dorzucił też Ford z młodymi Markko Martinem i Francois Duvalem.

Niewielu postawiłoby swoje pieniądze właśnie na Solbega

Z piekła do nieba

Tym bardziej, że początek sezonu Pettera był daleki od idealnego. Kierowca Subaru nie ukończył Rajdu Monte-Carlo, był dopiero szósty w Szwecji i nie dotarł do mety także w Turcji. Lepsze wyniki pojawiły się na wiosnę, gdy Norweg dojechał na trzeciej pozycji w Nowej Zelandii i na Akropolu.

Problem w tym, że do tego momentu, trzy rajdy zdążył wygrać Gronholm, a po jednym Loeb, Sainz i Martin. Liderem Mistrzostw był za to Richard Burns, który co prawda żadnej rundy nie wygrał, ale prezentował zdecydowanie najrówniejsze tempo.

Przyjeżdżając na wyznaczający półmetek sezonu Rajd Cypru, Solberg był dopiero piąty, ze stratą 16 punktów do lidera. Występ na śródziemnomorskiej wyspie musiał być początkiem znacznie lepszej, drugiej połowy roku.

Na szczęście dla mistrzowskich ambicji Norwega – taki właśnie był. Petter wyszedł na prowadzenie na początku drugiego etapu i nie oddał go już do samej mety. Niesiony wiarą, zajął potem drugie miejsce w Finlandii i odniósł drugie w sezonie zwycięstwo, w Rajdzie Australii.

Sytuacja w tabeli diametralnie się więc zmieniła. Na cztery rundy przed końcem sezonu, Solberg wystrzelił w generalce. Zajmował drugie miejsce, tracąc ledwie 7 punktów do liderującego Burnsa.

Wtedy nadeszły jednak rundy asfaltowe. Wychowany na szutrowych i śnieżnych drogach w lasach Norwegii, Petter nie odnajdował się na utwardzonej nawierzchni. Idealnym potwierdzeniem tego był Rajd Sanremo. Solberg jechał na ósmej pozycji, zanim musiał się wycofać z powodu… braku paliwa. Co gorsza – wygrał Loeb. Kiepski prognostyk na dwa kolejne asfaltowe rajdy.

Dwa tygodnie później na Korsyce, sytuacja ze złej, zaczęła robić się beznadziejna. I to jeszcze zanim rajd de facto się rozpoczął. Petter roztrzaskał swoją Imprezę WRC już na odcinku testowym i istniało realne ryzyko, że w ogóle nie stanie na starcie pierwszego odcinka. W takim wypadku – byłoby już po mistrzostwie

Na francuskiej wyspie wydarzył się jednak cud. Mechanicy poskładali rajdówkę na czas i Norweg mógł ruszyć do rywalizacji. Na drugim etapie Korsykę pokryły ulewne deszcze. Gdy faworyci, na czele z Loebem, ślizgali się i wypadali z trasy, Solberg dalej trzymał samochód na drodze i odniósł sensacyjne zwycięstwo. W czwartek był już poza walką o tytuł. W niedzielę – był liderem klasyfikacji punktowej.

Trzech kandydatów – jeden tytuł

Tej sztuki Solbergowi nie udało się powtórzyć w Katalonii, ale Norweg i tak ukończył rajd na czwartej pozycji. Oznaczało to, że przed finałem sezonu w Walii, na mistrzostwo świata wciąż miało szansę czterech zawodników.

Po 63 punkty mieli Loeb i Sainz, jeden mniej miał Solberg. W walce o tytuł był jeszcze Richard Burns, ale po tym jak stracił przytomność w drodze do Walii, wycofał się z rywalizacji. Były to początki choroby nowotworowej, która dwa lata później zabrała nam Anglika.

18 odcinków w walijskich lasach miało więc wyłonić nowych Mistrzów Świata. Sprawa była banalnie prosta – ten z czołowej trójki, który wygra w Wielkiej Brytanii, zdobędzie tytuł.

Z trzech pretendentów, szybko zrobiło się dwóch. Carlos Sainz doznał awarii elektryki już na OS2. Odcinek później Hiszpan źle usłyszał komendę swojego pilota, Marka Martiego, a ich Xsara wylądowała na dachu, między drzewami. Trzeci tytuł wymknął się „Matadorowi”.

Loeb i Solberg nie marnowali więc czasu i rzucili się do walki. Inicjatywę od razu przejął Francuz. Choć był to jego pierwszy start Xsarą WRC w Wielkiej Brytanii, to walijskie szutry ewidentnie przypadły mu do gustu. Wygrał dwa z trzech pierwszych odcinków i znalazł się na prowadzeniu. Minimalnie, bo blisko za nim trzymał się Norweg. Tracił zaledwie 3.8 sekundy

Atak Solberga

Jednak to Loeb jako pierwszy się pomylił. Na drugą pętlę pierwszego etapu, wybrał miękką mieszankę opon, która okazała się wolniejsza. W efekcie, już po pierwszym popołudniowym odcinku na pozycję lidera wskoczył Solberg.

Petter zamierzał pójść za ciosem. Norweg ewidentnie znalazł rytm pozostawiony przez siebie na brytyjskich oesach rok wcześniej. Jednak, podobnie jak w całym sezonie 2003, gdy już wydawało się, że Norweg najgorsze ma za sobą – pojawiły się kolejne problemy. Na OS6 Solberg przebił oponę w swoim Subaru. Mimo, że wygrał później jeszcze jeden piątkowy odcinek, to jego przewaga nad Loebem wynosiła tylko 8 sekund.

Zdeterminowany by w końcu odskoczyć rywalowi, Solberg zaczął sobotni etap od mocnego uderzenia. Wygrał wszystkie cztery poranne odcinki, wykonując gigantyczny krok do tytułu.

Do tego Norwegowi w drodze, po mistrzowski tytuł, nieoczekiwanie pomaga zespół Citroena. Marzenia Loeba o rzuceniu się w pogoń za rywalem, ucina bowiem szef „szewronów” – Guy Frequlin. Francuzi toczą walkę nie tylko o tytuł wśród kierowców, ale przede wszystkim – o mistrzostwo konstruktorów.

Citroen przyjechał do Walii mając 5 punktów przewagi nad drugim Peugeotem. Gdy na pierwszym etapie z rywalizacją pożegnał się Carlos Sainz, Frequlin nie mógł sobie pozwolić na kolejne wycofanie. Nawet za cenę ambicji Loeba. Tym bardziej, że z Sebem na drugiej pozycji i Colinem McRae na czwartej, Xsary miały mistrzostwo w kieszeni.

fot. ewrc.cz

Tak więc Sebastien przełknął dumę, zacisnął zęby i zdjął nogę z gazu. Tymczasem Solberg, który sam na Korsyce chował twarz w dłoniach, żegnając się już z tytułem, miał go teraz na wyciągnięcie ręki. Po sobotnich odcinkach prowadził z przewagą czterdziestu sekund.

Koronacja w pałacu

Margam Park – dla zwykłych ludzi, to ogrody późno-gregoriańskiego zamku, z gruntowymi dróżkami okrążającymi niewielki staw. Ot, widok jakich w Anglii nie brakuje.

Jednak dla fanów rajdów samochodowych, to arena najbardziej doniosłego momentu Rajdu Walii. W 2003 roku oes „Margam Park” tradycyjnie kończył zmagania całego sezonu. Był to ostatni z trzech odcinków zaplanowanych na niedzielę. Dwa pierwsze padły łupem Loeba, ale wciąż miał prawie pół minuty straty do Solberga.

Petter nie miał więc szans stracić prowadzenia, na 12km trasie, biegnącej przez las i zamkowe ogrody. Ale „Margam Park” nie było po prostu kolejnym oesem. Co prawda dla niektórych była to droga triumfalnego marszu po tytuł – tak jak dla Richarda Burnsa dwa lata wcześniej.

Ale już dla Carlosa Sainza, sylwetka zamku migocząca na stawem, była symbolem katastrofy i niespełnionych marzeń, gdy jego rajdówka odmówiła współpracy, zaledwie 500 metrów od linii mety.

Petter Solberg na pewno miał tę historię z tyłu głowy, gdy około godziny 14:00, Phil Mills dyktował mu sekundy pozostałe do startu. Norweg był znany z wypuszczania dobrych wyników z rąk – taka były konsekwencje bezkompromisowej i efektownej jazdy, za którą polubili go kibice.

Tym razem zwycięstwo Norwega było jednak zapisane w gwiazdach. Subaru Impreza nie była Toyotą Corollą z 1998 roku, a choć Solberg nie był Carlosem Sainzem, to jednak 7 minut później, podobnie jak Hiszpan, był już Rajdowym Mistrzem Świata.

Po przekroczeniu linii mety w kokpicie rajdówki zapanowała dzika radość. Głośniej od Pettera ryknął chyba jego pilot – Phill Mills, Walijczyk zdobywający właśnie tytuł na oczach swoich rodaków. Paręset metrów dalej na mecie stop, David Richards tonął w kolejnych uściskach.

Szef zespołu Subaru dostał potwierdzenie, że podjął odpowiednią decyzję, gdy trzy lata wcześniej Solberg demolował kolejne Imprezy WRC. Choć na Pettera sypały się wtedy gromy, jego przyłożony wciąż stał zanim murem, jakby wiedział, że parę lat później Norweg przywiezie mu do Margam Park kolejny tytuł.

Petter za to wpada w uściski swojej żony Pernilli i syna, zaledwie 2-letniego Oliviera. 23 wiosny później dostanie on kontrakt w Toyocie i sam będzie walczył o tytuł. Choć maszyny czasu w Norwegii jeszcze nie wynaleziono, to Petterowi życzymy przeżycia tej chwili jeszcze raz. Tym razem, niech on stoi na mecie stop i czeka, aż kolejny Solberg przywiezie ze sobą Mistrzostwo Świata.

Udostępnij!

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments