Ott Tanak – droga do pierwszego zwycięstwa
8 lat po swoim pierwszym zwycięstwie w WRC, Ott Tanak kończy pełnoetatową przygodę z rajdowymi mistrzostwami świata. Był to triumf, który rodził się w wielkich bólach i kosztował Estończyka litry potu, krwi i łez. Oto historia jego drogi do pierwszej wygranej rundy WRC.
Wielki talent?

11 lutego 2012 roku, w swoim zaledwie trzecim starcie w samochodzie WRC, Ott Tanak wygrał pierwszy odcinek specjalny w Mistrzostwach Świata. Był to krótki, niespełna dwukilometrowy oes „Hagfors Sprint”, podczas Rajdu Szwecji.
W tym osiągnięciu nie chodziło jednak o dystans, a o wiadomość jaką Estończyk wysłał stawce WRC. Oto podopieczny Markko Martina, który ma wszelki potencjał by pójść w ślady, a nawet przebić osiągnięcia swojego mentora. Przed 25-letnim Ottem drzwi do wielkości wydawały się stać otworem.
Rajdowa rzeczywistość okazała się jednak bardziej skomplikowana. Po sezonie 2012, Tanak stracił miejsce w M-Sporcie. Rok 2013 spędził w rodzimych mistrzostwach, a gdy wrócił do WRC w 2014 roku, jeździł dla prywatnego zespołu DMACK w WRC2.
Ott zniósł tę „banicję” po męsku. Pokazał dobre tempo za kierownicą Fiesty R5, zajmując szóste miejsce w swojej kategorii na koniec roku. W nagrodę Malcolm Wilson postanowił dać mu kolejną szansę. W 2015 roku Estończyk wrócił do pierwszego zespołu M-Sportu.
Zbyt blisko słońca

Pierwsza połowa tamtego sezonu, była jednak w wykonaniu Tanaka, delikatnie mówiąc, nierówna. Co rundę Wilson zastanawiał się: którego Otta dostanie tym razem?
Tego który zajął 4 miejsce w Rajdzie Szwecji?
Czy tego, który utopił Fiestę WRC w meksykańskim stawie?
W kontekście przyszłości Estończyka na najwyższym szczeblu zaczęły pojawiać się wątpliwości. Wtedy właśnie nadszedł Rajd Polski. Mazurskie szutry miejscami do złudzenia przypominały estońskie drogi. Nic więc dziwnego, że Tanak czuł się na nich jak w domu. W 2014 roku wygrał tu rywalizację w WRC2.
Jednak na to, że to właśnie Ott będzie prowadzić w generalce w 2015 roku, i to już po trzech odcinkach, nie był przygotowany nikt. Estończyk wygrał trzy odcinki specjalne na pierwszej pętli, a jego rajdówka zdawał się unosić nad ziemią.
Gdy był najszybszy na najdłuższym na pierwszym etapie, 40-kilometrowym odcinku „Stańczyki”, jego kibice zaczynali już świętować. Zwiększył przewagę nad Sebastienem Ogierem do prawie 20 sekund.
Jednak Ott wiedział już wtedy, że zachłysnął się swoim tempem. Kompletnie zużył zarówno opony, jak i hamulce w swojej Fieście. W dodatku, w dniu, w którym nie było serwisu pomiędzy pętlami. Dlatego po południu Tanak walczył już tylko o przetrwanie. Jego tempo dramatycznie spadło i stoczył się aż na czwartą pozycję w generalce.
Przez dwa kolejne etapy zawodnik M-Sportu wściekle atakował wyżej plasowanych rywali i zdołał wspiąć się na trzecią pozycję. Jednak szansa na pierwsze zwycięstwo przepadła. Strata do Ogiera i Mikkelsena była za duża, więc Estończyk musiał się zadowolić najniższym stopniem podium.
Jak pokazała reszta sezonu – to i tak był fantastyczny wynik. Trzecie miejsce w Rajdzie Polski było pierwszą wizytą Tanaka na podium od trzech lat i jedyną w 2015 roku. Mimo niezaprzeczalnego talentu, Ott nie spełnił większości postawionych przed nim celów i po zakończeniu sezonu, znów stracił miejsce w zespole.
Przeklęty kamień

Estończyk mógł się czuć niczym w „Dniu Świstaka”, ponieważ znów wylądował… w DMACKu. Jedynym pocieszeniem było to, że zespół chińskiego producenta opon dysponował tym razem Fiestą WRC. I znajomość samochodu być może okazała się kluczowa.
Bo jak na ironię, w prywatnym zespole, z gorszym wsparciem „fabryki” Ott prezentował się o wiele lepiej. Sezon ukończył na 8 miejscu w generalce, które było zdecydowaną poprawą, w stosunku do dziesiątej lokaty w poprzednim roku.
Jednak pomimo wielu pozytywnych chwil, sezon 2016 kojarzy się fanom Tanaka z największym rozczarowaniem jego kariery.
Miało miejsce także podczas Rajdu Polski. Pamiętając jego występ w poprzedniej edycji, tym razem wszyscy obstawiali Otta jako „czarnego konia” imprezy. Tanak jednak ponownie przewyższył oczekiwania.
Objął prowadzenie w piątkowe popołudnie i był tak szybki, że w sobotni wieczór wynosiło ono już ponad 20 sekund nad drugim Mikkelsenem. Estończyk był bezbłędny i tym razem umiejętnie zarządzał podzespołami rajdówki. Na cztery odcinki przed końcem, przy takiej przewadze, każdy inny scenariusz niż zwycięstwo Otta wydawał się nieprawdopodobny.
W niedzielę rajdy pokazały jednak swoją okrutną naturę. A będąc bardziej precyzyjnym, zrobiła to pogoda. Na ostatnim etapie Mikołajki nawiedziły ulewne deszcze. Mazurskie drogi miejscami przypominały bardziej odcinki Rajdu Wielkiej Brytanii.
Nawet w tych wymagających warunkach, Ott był najszybszy z całej stawki. Do czasu przedostatniego odcinka specjalnego. Na nim koło w rajdówce Estończyka natrafiło na wyciągnięty spod błota kamień. Efekt? Przebita opona, 40 sekund straty i zwycięstwo podarowane Andreasowi Mikkelsenowi.
„To drugie miejsce nic dla mnie nie znaczy. Pracujesz cały weekend i na koniec dostajesz to… To jest zbyt ciężkie” – mówił na mecie, zalany łzami Estończyk.
Tamtego dnia, nawet najbardziej zagorzałym norweskim kibicom, żal było Otta. Na mecie, jako pierwszy podszedł do niego Seb Ogiera. Chcąc go pocieszyć, wziął go na barana i przeniósł przed tłumem kibiców.
Choć drugie miejsce i tak było najlepszym wynikiem Tanaka w karierze, to zwycięstwo wciąż pozostawało nieuchwytne.
Pięć lat oczekiwania

Kolejną szansę do zajęcia najwyższego stopnia na podium, Ott dostał niecały rok później. W 2017 roku znów udało mu się znaleźć fotel w zespole M-Sportu. Zarówno w kontekście zagrzania miejsca w ekipie, jak i wygrania swojego pierwszego rajdu, Tanak miał nadzieję, że spełni się zasada „do trzech razy sztuka”.
Jednak początek Rajdu Sardynii wcale nie zapowiadał takiego rozwoju wypadków. Ott nie wszedł dobrze w rywalizację, popełniając drobne błędy i kończąc pierwszą pętlę pierwszego etapu na czwartej pozycji.
Na szczęście dla Estończyka, rywale mieli mniej szczęścia. Dlatego, choć popłudnie pierwszego dnia, równie mocno sfrustrowało Tanaka, to dzięki pechowi innych zawodników, Ott znalazł się na trzeciej pozycji.
Podczas drugiego etapu kierowca M-Sportu zdecydował się na pokerowe zagranie. Wziął ze sobą tylko jedno zapasowe koło. W efekcie, jego Fiesta WRC była znacznie lżejsza, co Estończyk wykorzystał, wygrywając trzy odcinki i wskakując na pierwsze miejsce.
Jednak na kończącym etap, 30-kilometrowym „Monte Lerno”, opony w rajdówce Otta musiały za wszelką cenę wytrzymać. Jeśli straciłyby przyczepność, tak jak w 2015, albo co gorsza ciśnienie, tak jak w 2016, to zwycięstwo znów wymknęłoby się Tanakowi z rąk.
Jednak drugiego dnia Rajdu Sardynii, Ott pokazał, że w poprzednich sezonach, w których balansował na granicy M-Sportu i prywatnych startów, z kierowcy szybkiego, stał się kierowcą mądrym. Do końca rajdu kontrolował swoje tempo i utrzymywał przewagę.
Opony dalej trzymały przyczepność, a sardyńskie kamienie trzymały się z dala od jego rajdówki. Tym razem na Tanaka naprawdę nie było mocnych. Po 6 latach od debiutu w aucie najwyższej klasy, w swoim 72 starcie w mistrzostwach, Ott wygrał w końcu pierwszą rundę WRC.

Czas na przerwę
W zeszłą sobotę, już jako mistrz świata i zwycięzca 22 rajdów w mistrzostwach świata, Ott Tanak zdecydował, że w tym miejscu jego historia w WRC dobiegnie końca. A przynajmniej, jeden z jej rozdziałów.
Estończyk był jedną z najbarwniejszych postaci rajdów samochodowych, w ostatnich latach. Jego szczerość i bezpośredniość zapewniła mu rzesze fanów, także spoza ojczyzny. Choć jego mentor, Markko Martin, pierwszy umieścił Estonię na rajdowej mapie, to nie ulega wątpliwości, kto wykuł jej miejsce w kamieniu.
Tym bardziej warto pamiętać, że długa lista sukcesów Tanaka zaczęła się od tego pierwszego zwycięstwa na Sardynii.