Ostatni Latający Lancer – Rajd Estonii 2015
Na przełomie XX i XXI wieku Mitsubishi było na końcu rajdowego łańcucha pokarmowego. Po 2005 roku ich triumfy były już jednak tylko wspomnieniem. Pomimo pogarszającej się sytuacji japońskiego koncernu, 11 lat temu jeden kierowca przypomniał, że Lancerami wciąż da się wygrywać. Oto historia niezwykłego występu Alexey’a Lukyanuka.
Z salonu na oesy

Dzisiaj opowiemy Wam o rajdówkach Grupy N. W 2004 roku stały się one, de facto, najwyższą klasą w ERC i krajowych mistrzostwach. Nie była to popularna decyzja wśród kibiców. Trudno było dziwić się tej reakcji – oto „ziejące ogniem” auta WRC zostały zastąpione przez (praktycznie) cywilne Lancery i Imprezy.
Aczkolwiek mimo początkowego sceptycyzmu, N-ki wywalczyły sobie przychylność kibiców w nowej roli. Moc co prawda była mniejsza, ale mniej zaawansowane było także zawieszenie i dyferencjały. Oznaczało to, że te rajdówki nie były „przyklejone” do drogi jak auta WRC, co z kolei przekładało się na większą widowiskowość przejazdów. Grupa N zawładnęła więc światem rajdów.
Niestety tylko przez chwilę. Już pod koniec 2005 roku na oesy wyjechały pierwsze samochody klasy S2000. W ciągu kolejnych sezonów okazały się one znacznie szybsze od „enek”. Oczywiście załogi w Lancerach i Imprezach dalej walczyły o zwycięstwa, jednak przy każdym takim pojedynku, nie ulegało wątpliwości, która z tych klas ma większy potencjał.
Do 2015 roku Grupa-N była już właściwie wymarłym gatunkiem. Dwa lata wcześniej pojawiły się pierwsze samochody R5, do których Mitsubishi i Subaru kompletnie nie miały już podejścia. Różnica tempa była tak duża, że N-ki jeździły już wtedy w innej kategorii – ERC2.
Właśnie wtedy, w godzinie schyłku, Lancer EVO X odniósł swój największy triumf na arenie międzynarodowej.
Kierowca kameleon

Jeśli był jakiś zawodnik, który mógł wygrać rundę ERC w aucie Grupy N, był to Alexey Lukyanuk. Rosjanin przez całą karierę udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych (złośliwi powiedzieliby: rajdów niemożliwych do przegrania).
Sezon 2015 był w jego wykonaniu bardzo chaotyczny: licencje dwóch różnych krajów, trzech różnych pilotów, pięć różnych rajdówek. Nie zmieniało się tylko jedno – zabójczo szybkie tempo.
Problem polegał jednak na tym, że Alex miał problemy z hamowaniem. Przed Rajdem Estonii dojechał do mety tylko w dwóch rundach mistrzostw. Z drugiej strony w okolicach Tartu nie ma wielu ciasnych zakrętów i być może to zadecydowało o sukcesie Rosjanina.
Nie jest też tak, że wyniki Lukyanuka w Estonii były gigantycznym zaskoczeniem. Alexey w Lancerze pokazał się tu z dobrej strony rok wcześniej, gdy szybszy od niego był tylko Ott Tanak. Choć w kolejnym sezonie siedział w Fieście R5, to na tę rundę wrócił do Mitsubishi, czując potencjał samochodu.
Swoją szóstą edycję Rajdu Estonii, zaczął więc tak samo jak skończył piątą – od wygranego odcinka. Choć była to tylko krótka, miejska próba, to Alex wyznaczył tym sposobem swój rytm w trakcie weekendu.
Za szybki

Lukyanukowi nikt nie powiedział, że N-ki nie są już w stanie rywalizować z nowszymi rajdówkami. Więc Rosjanin już na pierwszym sobotnim odcinku rzucił wyzwanie trzem załogom w autach R5 – Kajetanowiczowi, Kruudzie i Kangurowi.
Na zabójczo szybkich estońskich oesach różnice były minimalne. Lider zmieniał się właściwie co odcinek. Po pierwszej pętli górą był jednak Lukyanuk, który utrzymywał symboliczną przewagę 1.3 sekundy nad Kajto.
Niestety po południu Alex, jak to miał w zwyczaju, skomplikował sobie sytuację. Na OS6 kierowca Mitsubishi tak bardzo gotował się do jazdy, że wystartował, zanim skończyło się odliczanie. Efekt? Dziesięć sekund kary i spadek na trzecią pozycję.
W każdym innym rajdzie taka strata, byłaby małą niedogodnością. Aczkolwiek w Estonii, gdzie pierwsza trójka odcinka potrafiła mieścić się w paru dziesiątych, dziesięć sekund oznaczało spore kłopoty.
Ale nie dla Lukyanuka. Na ostatnich pięciu odcinkach drugiego etapu, Rosjanin stał się jednością ze swoim Lancerem. Rywale mogli jedynie liczyć, że kara utrzyma Alexa za ich plecami do końca etapu. Już po OS7 okazało się, że to płonne nadzieje. Lukyanuk wygrał próbę i tracił już tylko 5.5 sekundy do liderującego Kajetanowicza.
Odcinek później błąd Rosjanina poszedł już w zapomnienie. Znowu był najszybszy i powrócił na pierwszą pozycję w rajdzie. A do końca wciąż były jeszcze dwa oesy. Finalnie Alexey wrócił do swoich mechaników z przewagą 2.4 sekundy. Bardziej imponujące od zdobyczy czasowej, było jego tempo. Rosjanin ani myślał zwalniać.
Prosta matematyka

W niedzielę Lukyanuk musiał obronić swoje prowadzenie na prawie 64 kilometrach oesowych. Mogło się wydawać, że Rosjanina będzie czekać walka do ostatniego zakrętu. Natomiast na jego korzyść zadziałało to, że rywale mieli znacznie więcej do stracenia na szybkich szutrach.
Rajd Estonii kompletnie nie układał się Craigowi Breenowi, który, z dużą stratą, podróżował na 4. pozycji. W międzyczasie drugi był Kajetan Kajetanowicz. Jeśli i on i Breen utrzymaliby swoje pozycje, to Polak umocniłby się na pozycji lidera mistrzostw.
Lukyanuk tymczasem kompletnie nie liczył się w walce o tytuł. Dlatego pogoń za Rosjaninem, choć kusząca, niosła za sobą niepotrzebne ryzyko. Dlatego Kajto podjął jedyną logiczną decyzję… i zdjął nogę z gazu.
Alexey musiał więc po prostu utrzymać się na drodze. Nic nie było w stanie odebrać mu pierwszego zwycięstwa w ERC, poza awarią lub głupim błędem. Te zdarzały się Rosjaninowi dosyć często. Jednak w tamten lipcowy weekend, po jeździe, ekspresji i wypowiedziach Lukyanuka, było widać, że jedzie po swoje.
Alex ostatnią pętlę pokonał takim samym tempem, jak pierwszą. Nie było tu żadnej kalkulacji. Jechał, jakby nie wiedząc, że najbliższy rywal traci do niego już 12 sekund. Lancer EVO X prowadził się idealnie. Trafiał w każdy szczyt zakrętu, hamował zawsze w punkt i miękko lądował po hopkach.
Po godzinie 14:00 czasu lokalnego Alexey Lukyanuk dokonał więc rzeczy wielkiej. Przekroczył linię mety i wygrał rundę ERC w samochodzie Grupy N. Co więcej, to było jego pierwsze zwycięstwo w karierze.
Na szczyt świata rajdów przez chwilę wróciło też Mitsubishi. Było to pierwsze zwycięstwo dla japońskiej rajdówki w ERC od Rajdu Elpa 2010, wygranego przez Jurija Protasowa. Dziesięć lat po zamknięciu fabrycznego programu „diamentów”, Lancer znów wzbił się ponad rywali.
Najważniejszy komponent

W świecie rajdów wiele mówimy ostatnio o samych samochodach. Oczywiście o regulacjach, homologacjach i dopuszczonych rozwiązaniach warto rozmawiać – to kluczowy element tego sportu na najwyższym poziomie.
Nie zapominajmy jednak czego uczy nas przykład Rajdu Estonii 2015 i generalnie całej Grupy N – najważniejszy element rajdówki, wciąż znajduje się między fotelem, a kierownicą.