„Meta stop to najlepsze miejsce na świecie” – Wywiad z Colinem Clarkiem
Głos rajdów – dla jednych będzie to silnik rajdówki, dla innych komendy pilota, dla jeszcze innych gwizdki safeciarzy. Jednak dla znacznej grupy kibiców, głos rajdów ma imię, nazwisko i mocny brytyjski akcent – Colin Clark. Jak wspomina swoje początki w radiu? Jaką przyszłość ma to medium w erze internetu? Dokąd zmierza WRC i jak może poszerzyć widownię? Na te pytania Colin odpowiedział nam podczas Rajdu Portugalii.
Juliusz Winiarek: Chciałbym zacząć od początku. Pamiętasz swoje pierwsze wejście na antenę z rajdu? Kiedy miało to miejsce?
Colin Clark: To był 2005 rok. To było… gdzie to było? Na Cyprze. Rajd Cypru 2005. Wtedy w ogóle nie myślałem o karierze w mediach. Założyłem stronę internetową, żeby sprzedawać dźwięki samochodów wyścigowych jako dzwonki na telefon. W 2005 roku to był duży hit. Założyłem więc stronę, na której można było, na przykład kupić dźwięk Ferrari przejeżdżającego przez Monako albo Subaru Pettera Solberga jako dzwonek.
Chciałem pojechać na Cypr, żeby nagrać trochę dźwięków rajdówek, ale nie miałem żadnego sprzętu do nagrywania. Dziś wystarczy smartfon, ale wtedy potrzebne było profesjonalne wyposażenie.
Skontaktowałem się z moim znajomym, Georgem Donaldsonem, który wtedy był dyrektorem sportowym Subaru. Powiedziałem mu: „Co mogę zrobić? Skąd mogę wziąć mikrofon?” A on odpowiedział, że Greg Strange, który prowadzi Rally Radio, będzie miał sprzęt i pewnie chętnie mi go pożyczy.
Zadzwoniłem więc do Grega, wytłumaczyłem mu, co robię i usłyszałem: „tak, nie ma sprawy. Możesz pożyczyć mikrofon, ale brakuje nam ludzi na Cyprze. Czy dasz radę nam pomóc?” Pomyślałem sobie: „no dobra”, i zgodziłem się. Tak naprawdę nie zastanawiając się, czy dam radę.
Miałem około dwóch tygodni na przygotowanie się do Rajdu Cypru – byłem przerażony, naprawdę przerażony. Do tego stopnia, że zabrałem ze sobą mojego młodszego brata, bo miał już jakieś doświadczenie radiowe. Powiedziałem mu: „jeśli ja nie dam rady, to dam ci sprzęt i ty to zrobisz.”
Pierwszym miejscem, w jakie trafiliśmy, była meta chyba drugiego albo trzeciego oesu. To była masakra, totalny chaos. Najbardziej wyboisty odcinek w WRC jaki widziałem. Samochody przyjeżdżały z urwanym zawieszeniem, przebitymi oponami, pogniecionymi karoseriami.
Czułem wtedy wielką ekscytację. Pomyślałem: „tak, to jest to.” I, jak się okazało, w tej radiowej części, wypadłem całkiem nieźle. To doświadczenie i te emocje były strasznie uzależniające. Pomyślałem sobie: „Chcę więcej.”

Strona z dzwonkami stopniowo, w ciągu kolejnych sześciu, dwunastu miesięcy, przestała istnieć, a ja coraz bardziej angażowałem się w radiową stronę całego przedsięwzięcia.
Co prawda, nie była to moja pierwsza przygoda z WRC. Wcześniej byłem przedstawicielem sponsora – pracowałem dla 555, sponsorowaliśmy zespół Subaru. Byłem więc zaangażowany w ten sport, ale nie od strony medialnej.
JW: Jak dzisiaj oceniłbyś tamtą audycję z Rajdu Cypru?
CC: To zależy. Jeśli miałbym ocenić ją pod względem wiedzy technicznej, umiejętności technicznych – dałbym sobie jeden na dziesięć. Jeden na dziesięć. (śmiech)
Nie potrafiłem nawet powiedzieć, co to były za części, które zwisały z tych samochodów. Ale jeśli chodzi o poziom adrenaliny i ekscytacji – to myślę, że sześć albo siedem. Nawet teraz ludzie mówią o mnie: „udaje tę ekscytację. To śmieszne. On przesadza. To wszystko jest na pokaz.”
To nieprawda. Każdemu z nich powiedziałbym: „jedź na koniec odcinka specjalnego i sam się przekonaj, że to najbardziej ekscytujące miejsce, jakie istnieje we wszechświecie.” Ta dramaturgia, adrenalina, zapachy, widoki, dźwięki – i ta niesamowita możliwość, jakiej nie ma w żadnym innym sporcie. W chwili, gdy tylko kierowcy zdejmują kaski, ty już tam jesteś, zadajesz pytania i dostajesz surowe, prawdziwe odpowiedzi.
Nie ma niczego podobnego. To do dziś mnie ekscytuje – to emocje, których nie chcę tłumić. Nie chcę ich wygładzać. Jeśli coś mnie ekscytuje – to jestem tam całym sobą. Zawsze tak miałem i nadal tak mam.
Na początku faktycznie zdarzały się sytuacje, kiedy ta ekscytacja robiła się zbyt intensywna. Ale wiesz co? To wszystko było autentyczne. I wiesz co jeszcze? Kierowcy to lubili. Rozumieli to. Może irytowało to paru kibiców, którzy woleli bardziej „techniczne” podejście, ale dla mnie to była po prostu frajda – być tam, robić to.
Miałem szczęście. Nigdy, przenigdy nie czułem się zbyt pewny siebie na końcach odcinków – zawsze pamiętałem, jakie to szczęście i jak ogromna odpowiedzialność.
Dosłownie, setki tysięcy ludzi na całym świecie nigdy nie były w argentyński górach, nigdy nie były na australijskim outbacku, nigdy nie widziały pięknej Wyspy Północnej Nowej Zelandii. A ja tam byłem. Moim zadaniem było zabrać ich tam ze sobą. To była moja praca.
JW: Jeszcze 10 lat temu telewizyjne transmisje na żywo z odcinków Rajdowych Mistrzostw Świata nie były powszechne. Jedyne co kibice mieli do dyspozycji to radio i, między innymi, Twój głos. Wszystkim bardzo zapadły w pamięć Twoje barwne metafory i porównania. Pamiętam, że podczas którejś edycji Rajdu Szwecji powiedziałeś, że „ilość śniegu na odcinku wygląda tak, jakby ktoś upiekł ciasto i posypał je cukrem pudrem”. Te teksty wymyślałeś wcześniej, czy była to improwizacja?
CC: Stuprocentowa improwizacja. I znowu – zawsze znajdą się krytycy. Ale byliśmy na mecie stop, pośrodku niczego. Nie mieliśmy laptopów. Nie mogliśmy korzystać z telefonów, żeby zdobyć informacje. Więc musiałem improwizować. Mówiłem to, co miałem w głowie, o tym co widziałem. Nikt nigdy mnie nie przeszkolił, sam też specjalnie się nie przygotowywałem.
Ale kiedy miałem „prawdziwą” pracę w korporacji, w British American Tobacco jako menedżer ds. sponsoringu, spędzałem dużo czasu w samochodzie – jeżdżąc do pracy i z powrotem. I wtedy często słuchałem radia sportowego, szczególnie relacji z krykieta.
Krykiet to jeden z tych sportów, przy których każdy się zastanawia „jak można tego słuchać godzinami?” A można. Dlatego, że komentatorzy potrafili uczynić go ciekawym. Potrafili uczynić go rozrywką. Nie mówili cały czas tylko o krykiecie. Oczywiście kiedy już mówili, słuchałeś z uwagą i szacunkiem. Ceniłeś ich spostrzeżenia.
Ale to, co było paradoksalnie ciekawsze, to ich opisy wszystkiego, co działo się wokół boiska – kibiców, autobusów przejeżdżających ulicą, gołębi lądujących na murawie. To właśnie mnie zainspirowało.

Jako reporterzy musieliśmy być uczciwi, precyzyjni i godni zaufania. Dostarczanie rozrywki to jednak niemal równie ważna rola co komentowanie. Nie zapominajmy, że staraliśmy się tworzyć coś angażującego, a wszystko, co mieliśmy, to czasy na ekranie i to, co widziałem na mecie odcinka.
To było świetne, bo mogliśmy budować dramaturgię. „W powietrzu pojawiło się trochę deszczu – co to znaczy? Co się wydarzy? Jakie mogą być konsekwencje?” Mogliśmy snuć opowieść: „ktoś stracił kilka sekund na drugim międzyczasie – może to dlatego, że…” Budowaliśmy wtedy napięcie. Wciągaliśmy ludzi w tę historię.
To była radość pracy w radiu. To był ten prawdziwy dreszcz emocji, jaki dawało to medium. A trzeba dodać, że było nas wtedy tylko dwóch albo trzech. I myślę, że wykonaliśmy naprawdę dobrą robotę.
W dużej mierze wynikało to z faktu, że to nie było tylko – że tak powiem – gadanie zapalonych fanów rajdów do innych zapalonych fanów rajdów. Owszem, byliśmy bardzo zaangażowani w ten sport, ale rozumieliśmy, że to, co robimy, musi być ciekawe.
Trzeba okazywać szacunek – szacunek wobec ludzi, którzy siedzą w domu i chcą wiedzieć, jak wygląda krajobraz. Chcą wiedzieć, jak wyglądają wioski. Chcą wiedzieć coś o ludziach. Jakie samochody jeżdżą po lokalnych drogach. Oni chcą tam być.
Moim zadaniem było zabrać ich tam.
Myślę, że w radiu fascynujące było właśnie to zabieranie ludzi ze sobą na drugi koniec świata, tylko za pomocą słów. Dzisiaj widzimy, że ta sztuka powoli umiera. Telewizja wyparła radio, a teraz internet wypiera telewizję. Czy Twoim zdaniem w obecnych czasach jest jeszcze miejsce na takie relacje sportowe?
Popyt na radio i treści audio w sporcie nigdy nie był większy. Właśnie tutaj widać rażąco oczywistą lukę w medialnym krajobrazie rajdów. Nie ma radia. Podcasty mają przecież ogromną widownię. Prawa do transmisji radiowych w sporcie są teraz na wagę złota.
Dlaczego? Bo radio jest przenośne. WRC All Live to świetny produkt. Ale tylko jeśli masz czas, żeby w każdy piątek, sobotę i niedzielę siedzieć i patrzeć w ekran. Zawsze można go trochę wygospodarować, ale kto może siedzieć i oglądać cały dzień?
Możesz za to założyć słuchawki. Możesz iść skosić trawę. Zrobić zakupy. Jechać trzy, cztery godziny do teściowej – i w tym czasie słuchać transmisji radiowej. Właśnie dlatego prawa radiowe do golfa, piłki nożnej, krykieta, rugby, a nawet żeglarstwa są dziś warte więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Dlatego podcasty są dziś popularniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Bo są przenośne. Możesz je zabrać ze sobą. Możesz ich słuchać gdziekolwiek. Nie musisz poświęcać czasu na patrzenie w ekran.
Ktoś może stwierdzić, że mówię tak tylko dlatego, że jestem radiowcem, ale w pełni wierzę, że to czego ludzie, szczególnie młodzi, chcą dziś, to treści audio. Chcą podcastów. Chcą słuchać audycji z piłki nożnej.
Dlaczego? Każdy mecz Premier League transmitowany jest na żywo gdzieś w internecie. To dlaczego nie wszyscy je oglądają? Bo nie mogą. Część nie stać na to, by za to zapłacić — to inna sprawa. Ale inni są po prostu zbyt zajęci. Mają życie do prowadzenia, dzieci do zaopiekowania się.
Prawa do transmisji Premier League są teraz rekordowo drogie dla nadawców radiowych. Kosztuje ich fortunę wykupienie praw, a słuchalność jest wyższa niż kiedykolwiek. Myślę więc, że twarde dane mówią same za siebie. Rajdy to sport, który może i powinien mieć ofertę radiową, a jej nie ma.
Myślę, że mamy z tym problem nawet w Polsce. Nawet dart potrafi wygrywać z rajdami, a mieliśmy w nich przecież takie nazwiska jak Robert Kubica, więc…
Przepraszam, że wchodzę Ci w słowo, ale Robert Kubica…
Nie mam wielu bohaterów w życiu. Naprawdę. Mogę kogoś podziwiać, mogę szanować to, co ktoś robi, ale bohaterów mam niewielu. A Kubica — to dla mnie jeden z nich. To, co ten człowiek zrobił w rajdówce po swoim wypadku, było po prostu zdumiewające. Jego podejście, determinacja i czysta, uparta wola walki.
Miałem szczęście, parę razy jadłem kolację z Robertem. Jedną z nich pamiętam bardzo dobrze — to było w Jyväskylä, podczas Rajdu Finlandii. Nie pamiętam dokładnie roku, ale to było wtedy, gdy jeździł Citroënem, więc 2013 albo 2014, chyba 2013 rok.
To było fascynujące, bo minął wtedy może rok od jego wypadku, może dwa lata od jego ostatniego wyścigu w Formule 1. Słuchanie kierowcy F1 mówiącego o jej kulisach, o tym, co dzieje się w padoku, to było coś fantastycznego.
Ale to, co powiedział później, było jeszcze ciekawsze. Powiedział: „miałem oferty. Dostałem propozycję startów w DTM, poważna oferta. Duże pieniądze, naprawdę duże”. I dodał: „ale mnie to nie interesuje. Bo ja wiem, gdzie jest mój poziom. Moje umiejętności są na absolutnie najwyższym szczeblu. I interesuje mnie tylko powrót na ten poziom. Albo Formuła 1, albo nic”.
Wyszedłem z tej kolacji z myślą: „ale interesujący facet”. Ale też: „ależ biedny człowiek. Przecież on już nigdy nie poprowadzi bolidu F1. To niemożliwe”.
I szczerze — kiedy on wrócił do bolidu i pojechał w wyścigu [Grand Prix Australii – przyp. red], dosłownie się popłakałem. Bo to było po prostu… myślę, że on sam to pięknie ujął — nigdy nikogo nie skreślaj. Nigdy nie myśl, że kiedy w grę wchodzą wiara w siebie, motywacja i determinacja, to czegoś nie da się osiągnąć. Bo da się. I Kubica to udowodnił.
Ja go skreśliłem. Powiedziałem: „to absolutny szczyt motorsportu. I z Twoją niepełnosprawnością — on nigdy tego tak nie nazywał, ale to jednak była niepełnosprawność — to jest niemożliwe. Nigdy już nie poprowadzisz bolidu Formuły 1. Biedny człowieku.”
A on, do cholery, pokazał, że jeśli włożysz w coś wystarczająco dużo wysiłku, jeśli masz wystarczająco dużo determinacji — to możesz. I dla mnie on jest tam, na samym szczycie. Wśród absolutnie, absolutnie najlepszych.

Myślę, że Kubicy przede wszystkim udało się przyciągnąć w Polsce młodych ludzi do rajdów. To jest coś, z czym WRC ma obecnie problem i widzę to po swoich rówieśnikach. Wśród starszych fanów pojawiają się głosy, że obecnie w rajdach nie ma wystarczająco ciekawych charakterów i postaci, ale chyba obaj się z tym nie zgodzimy. Więc co Twoim zdaniem można zrobić, by przyciągnąć te młodsze generacje?
Nie ma jednej magicznej sztuczki. Nie ma jednego rozwiązania, które pozwoli nam nawiązać kontakt z młodymi ludźmi. To seria kroków, które musimy podjąć. To kierunek, w którym musimy iść, żeby nasz sport stał się bardziej atrakcyjny dla młodszych pokoleń.
Audio jest częścią tego procesu — małą częścią, ale jednak. Musimy zaakceptować, że młodzi ludzie nie są zainteresowani oglądaniem godzinami onboardów, komentarzy i nagrań. Trzeba to przyjąć do wiadomości i szukać innych sposobów na dotarcie do nich.
Chodzi mi o to, żebyśmy spojrzeli na to, jak tworzyć treści w formie przystępnej, które młodzi rzeczywiście będą konsumować. Mam dzieci w wieku 16 i 18 lat i wiem, że nie usiądą i nie będą niczego oglądać godzinami. Ale jeśli dostaną coś na czacie, co trwa dwie, trzy minuty — to obejrzą.
Uważam więc, że musimy trochę bardziej skupić się na tym, czego potrzebuje odbiorca, a nie tylko na tym, co my jesteśmy w stanie dostarczyć. „WRC All Live” to bardzo dobry produkt — dla pewnych rynków.
Jednak to, co mnie trochę frustruje i rozczarowuje, to fakt, że od czasu „All Live” nie zrobiliśmy postępu. To ten sam pakiet od siedmiu lat. Przez ten czas nie było żadnej prawdziwej innowacji, jeśli chodzi o dotarcie do młodszej publiczności.
Na przykład, TikTok to promotor ponad promotorami. My mamy sport, który jest wręcz stworzony pod tą platformę. Mamy dramatyzm, mamy wypadki, mamy kolory, mamy dosłownie wszystko wszędzie. To jest idealna platforma dla rajdów. Dlaczego więc nie podbijamy TikToka? Bo nie jest traktowany jako priorytet.
Ale trzeba uczciwie przyznać promotorowi, że w ostatnim roku poczyniono duże postępy, jeśli chodzi o media społecznościowe. Widać zauważalną zmianę na Instagramie — lepiej angażują odbiorców, pokazują nie tylko nagranie, ale też na przykład zabawne rzeczy zza kulis. Podobnie jest na Facebooku, Instagramie czy nawet X (dawniej Twitterze).
Potrzeba bardziej skoordynowanego wysiłku. Musimy zrozumieć, czego naprawdę potrzebuje młodsza publiczność i jak im to dostarczyć. W tej chwili nie poświęcamy temu wystarczająco dużo czasu ani energii.
Myślę, że w DirtFish robimy w tym zakresie całkiem sporo. Udostępniamy wszystko za darmo, w lekkiej, zabawnej formie, utrzymujemy to na poziomie, który jest w miarę rozrywkowy.
Czyli zgodziłbyś się, że w sferze medialnej potrzebujemy więcej tekstów opinii i felietonów, a nie tylko informacji o tym kto wygrał rajd, a kto był drugi?
Dokładnie tak. Musimy tworzyć społeczności, w których ludzie ze sobą rozmawiają. Takie, w których młodzi ludzie czują się zaangażowani, w których mają swoje zainteresowania, w których mają głos i opinię, która może zostać usłyszana.
W momencie, kiedy stworzysz te społeczności i młodzi ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać – stają się Twoimi ambasadorami. I to rośnie, rośnie i rośnie. Jeśli nikt z nikim nie rozmawia, nie ma żadnej interakcji, to nie ma też żadnej kontynuacji. Nie ma tej organicznej eksplozji, którą obserwujemy w innych sportach.
Trzeba brać przykład z innych obszarów niż tylko sport. Trzeba spojrzeć na muzykę, na inne dziedziny, w których to się udało, i zadać sobie pytania: „jak im się to udało?”, „jak zaangażowali młodych odbiorców?”, „co robią, czego my nie robimy?”, „Jak udało im się zbudować ogromną publiczność?”. Trzeba na to patrzeć i wyciągać z tego wnioski.
Nikt tutaj nie mówi o wymyślaniu koła na nowo. Oczywiście, media społecznościowe są bardzo dynamiczne, wszystko zmienia się szybko, ale to, co musimy robić, już dawno zostało zrobione. Wystarczy spojrzeć na najlepsze metody i zadać sobie pytanie: „jak możemy to wdrożyć u siebie?”.
Nigdy jednak tego nie osiągniemy, jeśli nie będziemy rozmawiać z młodymi ludźmi. Jeśli menedżer mediów, promotor, nie rozmawiają ze swoją grupą docelową, nie proszą ich o zaangażowanie, nie pytają, czego chcą — i nie dają im tego — to jak możesz mieć nadzieję na sukces? To się po prostu nie wydarzy.
Myślę, że za mało rozmawiamy z ludźmi spoza świata rajdów. Słuchamy ludzi, którzy są w tym sporcie od dawna. Oczywiście, ich opinie są ważne, ale być może jeszcze ważniejsze są opinie osób spoza tego świata. Młodszych ludzi, którzy mogą zostać fanami rajdów w przyszłości. A z nimi nie rozmawiamy wystarczająco, nie słuchamy ich i nie robimy wystarczająco dużo, by odpowiedzieć na ich potrzeby i przekonać do rajdów.

WRC jest teraz na rozstaju dróg. Protest kierowców w Kenii, coraz poważniejsze doniesienia o odejściu Hyundaia, a nawet anulowanie oficjalnej gry Rajdowych Mistrzostw Świata. W swojej karierze widziałeś wzloty i upadki tego sportu. Czy powiedziałbyś, że WRC jest obecnie w gorszym stanie niż kiedykolwiek?
Wiesz, pamiętam pierwszą dekadę XXI wieku. Konkretnie okres od 2009 do 2011 czy 2012 roku, kiedy mieliśmy tylko Citroëna i Forda. To nie było łatwe, ale rajdy utrzymywały na powierzchni się dzięki prywatnym zespołom. Mieliśmy wtedy formułę, gdzie, owszem, były tylko dwa zespoły fabryczne, ale czasem na starcie było dwanaście czy szesnaście samochodów WRC, i to utrzymywało zainteresowanie, także lokalne.
Teraz jesteśmy w bardzo trudnym położeniu, jeśli chodzi o przyszłość WRC. Mamy przepisy, które mają wejść w życie w 2027 roku — i są one kluczowe dla przyszłości tego sportu. Jeśli popełnimy błąd, obawiam się o przyszłość WRC.
Skoro mamy już wstępne regulacje i musimy zakładać, że właśnie na nich pracujemy — bo do 2027 roku zostało tylko około 18 miesięcy — to jeśli te przepisy nie będą właściwe i nie będą atrakcyjne dla nowych producentów, to będziemy w poważnych tarapatach. Naprawdę poważnych.
Jeśli nie zaczniemy rozwiązywać problemu starzejącej się widowni, to również będziemy mieć kłopoty. To nie chodzi, na przykład, tylko o grę. To nie jest jeden element, który trzeba naprawić — musimy zająć się kwestiami technicznymi, co na szczęście już się dzieje.
Podobają mi się te nowe przepisy — obniżają koszty, dają producentom możliwość pokazania swoich możliwości i powinny sprawić, że sport stanie się bardziej atrakcyjny dla nowych marek.
Producenci nie interesują się motorsportem ze względu na regulacje techniczne. Interesują się nim ze względu na wartość, jaką może im on zaoferować. Na koniec dnia wszystko sprowadza się do marketingu. Łatwo powiedzieć, że nie o to chodzi — ale właśnie o to chodzi.
Rajdy w czasach Audi, kiedy wprowadzali napęd na cztery koła i łopatki przy kierownicy, to już przeszłość. Producenci nie patrzą dziś na WRC, jak na okazję do tworzenia przełomowych technologii w swoich samochodach.
Owszem, nadal można w ten sposób pokazać, że dana technologia jest trwała, że działa w ekstremalnych warunkach, że się sprawdza. Ale jeszcze bardziej liczy się wartość marketingowa, reklamowa, medialna. Jeśli ta wartość się nie zgadza, jeśli liczby się nie spinają — nie przyjdą.
Dlatego musimy dawać regulacje techniczne, które co robią? Obniżają koszty. Bo to zawsze sprowadza się do analizy strat względem zysków.
Jeśli producent mówi: „Dobra, za 10 milionów euro mogę wejść do tego sportu, zaangażować się na trzy lata i realistycznie wygenerować 100 milionów euro zwrotu z marketingu.” — to magia, to świetny interes, wchodzimy.
Tylko problem polega na tym, że obecnie są inne serie, które rzeczywiście oferują tego typu zwrot z inwestycji. Mamy F1, WEC, W2RC (Mistrzostwa Świata w Rajdach Terenowych). To nie jest przypadek, że ci ostatni przyciągnęli ogromne inwestycje od Forda, ogromne inwestycje z Azji, ogromne inwestycje od Toyoty, astronomiczne inwestycje od Audi w ciągu ostatnich trzech–czterech lat. To nie był po prostu łut szczęścia.
W2RC przyciągnęło te inwestycje, ponieważ oferuje zwrot z dwóch stron. Z jednej strony techniczny – daje im możliwość rozwijania własnych rozwiązań, ale także przynosi zwrot pod względem marketingowym.
To jest duże zagrożenie dla WRC, bo istnieją alternatywy. A gdy są alternatywy, musisz pracować ciężej, by udowodnić, że to właśnie twój sport jest tym, w który producenci powinni inwestować.
Może problemem jest też to, że WRC nie ma swojej flagowej imprezy? Takiego klejnotu w koronie, niczym 24 Hours of Le Mans, albo Rajd Dakar?
Oczywiście, że ma. Mamy Monte Carlo. Mamy też, w mniejszym stopniu, Rajd Finlandii. Mamy Rajd Akropolu. Mamy rajdy, które są na liście marzeń każdego zawodnika. To ikoniczne wydarzenia w światowym motorsporcie. One istnieją. To tylko kwestia tego, ile z nich wyciągamy.
Weźmy tylko jeden przykład – Monte Carlo. Odbywa się w idealnym momencie roku. Zaraz po Dakarze. W przerwie między sezonami Formuły 1. Jest wspaniałą okazją do rozpoczęcia sezonu.
Monte Carlo to ogromna szansa pod względem marketingu, zasięgu, promocji – pod każdym względem. Czy robimy z tego wystarczający użytek? Może powinniśmy robić więcej. Może powinien to być znów dłuższy rajd.
Może, jeśli mówimy o rajdach długodystansowych, powinniśmy dopracować te zawody i zrobić z Monte Carlo imprezę na 6-7 dni. Wyciągnijmy z tego więcej.
Miałeś okazję rozmawiać z dziesiątkami młodych, obiecujących kierowców rajdowych. Który z nich wydawał Ci się materiałem na mistrza Świata, a mimo wszystko nigdy nim nie został?
Było ich dwóch. Tym, o którym myślałem, że zostanie mistrzem świata, był Jari-Matti Latvala. Nigdy się to nie stało. Brakowało mu czegoś jako kierowcy. Może był zbyt miły.
Pamiętam, jak byliśmy kiedyś w parku serwisowym na Korsyce. Latvala właśnie skończył 24 lata. To były jego urodziny. Malcolm Wilson mi wtedy powiedział: „cokolwiek Sébastien Loeb osiągnie w tym sporcie, Jari-Matti to przebije.” Nie tylko ja myślałem, że ma ogromny potencjał.
Drugim zmarnowanym talentem był François Duval. Mógł osiągnąć wiele w tym sporcie. Ale wiesz co? Wielcy mistrzowie to zazwyczaj ci, którzy podejmują właściwe decyzje, dokonują właściwych wyborów.
W 99,9% przypadków wybierają właściwie. Niezależnie od tego, czy to na odcinku, czy w serwisie, czy w ciężarówce z oponami, czy w rozmowie z menedżerem, czy w kontaktach z dziennikarzami – wiedzą, jak podejmować dobre decyzje i jak się zachować. Duval tego nie potrafił.
Oczywistym i wyraźnym przyszłym mistrzem Świata był za to Ogier. Pamiętam, że debiutował w Meksyku, a pierwszy raz wygrał tutaj w Portugalii. Ogier już od początku sprawiał, że mówiłem: „cholera, ten dzieciak jest szybki„.
Pierwsze pytanie, jakie się pojawiło, to: jak wymawia się jego nazwisko? Nikt nie wiedział, jak je poprawnie wypowiedzieć. Ale już po paru rajdach było absolutnie jasne, że będzie jednym z „wielkich”.
Byli inni, którzy się pojawiali i myślałeś: „tak, będą w porządku„, a potem po cichu znikali. Ale rajdy to sport, w którym wiele zależy od równowagi. W pewnym sensie to też kwestia szczęścia. Mamy Toyotę, która wróciła do mistrzostw. Są tam ogromne talenty. Ale gdyby te talenty pojawiły się w 2009 roku, kiedy nie było wolnych miejsc w mistrzostwach, to czy miałyby szansę się spełnić?
To zależy od talentu, ale też od okazji. Często też od budżetu. I wiesz, jeśli brakuje któregokolwiek z tych trzech, czterech elementów to po prostu się nie uda. Musisz być we właściwym miejscu, o właściwym czasie, z odpowiednim wsparciem i właściwymi ludźmi za sobą.

Skoro o tym mowa to wyobrażam sobie, że reporterom też zdarza się być w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Jaka była Twoja najniebezpieczniejsza sytuacja na rajdzie?
Jestem bardzo ostrożny, nie lubię ryzyka. W głębi duszy jestem tchórzem. Staram się więc nie wystawiać na trudne sytuacje, ale czasem się to zdarza.
Byłem raz w Brazylii, w Kurytybie, kiedy kierowca pogubił się w opisie i przejechał przez metę stop z prędkością może 160–170 kilometrów na godzinę, bo wciąż myślał, że jest na oesie. Dopiero jak wyjechał zza zakrętu, pomyślałem: „on się nie zatrzyma”. Gdy odskakiwałem, musnęło mnie lusterko jego auta. To była sytuacja, w której łatwo mogło dojść do poważnego wypadku.
Poza tym – niewiele. Zostałem raz napadnięty w Argentynie, zabrano mi podrobionego Rolexa – to jedyny raz, kiedy mnie okradziono.
Brałem też udział w wypadku z Brendanem Reevesem w Australii, w rajdówce. Niestety wypadliśmy z drogi z dużą prędkością, ale na szczęście nic poważnego się nie stało. Ale poza tym naprawdę bardzo się staram unikać sytuacji, w których mógłbym wpaść w kłopoty. Nie jestem osobą, która lubi ryzykować.
Nigdy nie znalazłem się w sytuacji, w której pomyślałem: „jestem w prawdziwym niebezpieczeństwie”. Wymaga to odpowiedniego podejścia i nastawienia. Raz utknąłem na pustyni. Przez chwilę było trochę strasznie. Ale znalazłem hodowcę wielbłądów, który mnie wyciągnął. Ale staram się tego unikać. Staram się być jak najlepiej przygotowany.
Fascynuje mnie, że to, co obudziło w Tobie pasję do rajdów to mety stop – czyli de facto miejsca, w których rajdówki nie poruszają się z pełną prędkością. Czy kiedykolwiek miałeś wrażenie, że przegapiasz coś, nie stojąc na trasie odcinka?
Tak, często, naprawdę często. Myślę, że podczas moich dni z WRC naprawdę rzadko widziałem samochody rajdowe pędzące z pełną prędkością po oesach. Przez pierwsze piętnaście lat na rajdach, jeśli udało mi się dostrzec je gdzieś w oddali, zbliżające się do mety odcinka – to już było coś. Testy były jedyną okazją, by naprawdę zobaczyć rajdówki w akcji.
Oglądam teraz niektóre materiały z mety odcinka i myślę sobie: „Boże, jak bardzo chciałbym tam znowu być”. Bo naprawdę nie ma niczego porównywalnego. Czasem bywam na PKC-ach z Dirtfish, ale nie wolno nam rozmawiać z kierowcami.
A jeśli mówimy o promocji – kierowcy robią świetną robotę promując sport. Jesteśmy jedynym pełnoetatowym anglojęzycznym medium relacjonującym ten sport. Mimo to wciąż jest ogromnie dużo rzeczy, które mogliśmy zrobić. Ale nie wolno nam ich robić. Dlaczego?
Dziennikarzom zawsze wolno było rozmawiać z kierowcami na mecie odcinków. Istniała pewna hierarchia: najpierw telewizja, potem radio, a potem dziennikarze, ale przecież to było do zaakceptowania.
Dlaczego teraz nam tego zabraniają? To absurd. To po prostu szaleństwo, że nie wolno nam rozmawiać z kierowcami na mecie stop. Ale taka jest rzeczywistość. Widzę wiele rzeczy, które się tam dzieją i myślę: „o rany, chcę tam być”.
Kocham to, co robię teraz, moją pracę z Dirtfish. To zupełnie inne wyzwanie i bardzo mnie to cieszy. Jasne, chciałbym częściej robić wywiady na mecie. Czasami to robię. Byłem niedawno w Australii na Rajdzie Heartland. Byłem też w Nowej Zelandii na ich najważniejszym rajdzie – Otago i tam przeprowadziliśmy sporo wywiadów na metach odcinków.
To bardzo nostalgiczne. Przywołuje wspomnienia. Przypomina mi stare, dobre czasy. Daje mi to uśmiech na twarzy. I przypomina, dlaczego zakochałem się w tym sporcie.
To takie surowe. Takie prawdziwe. Tyle emocji, ekscytacji, adrenaliny. Tyle wyzwań. To wszystko dzieje się na końcu odcinka. A my dziś z tego nie korzystamy i jestem o tym w pełni przekonany. To decyzja produkcyjna, decyzja WRC TV. Nie wykorzystujemy potencjału mety stop w wystarczającym stopniu.

A który z tych momentów na mecie stop był Twoim ulubionym? Czy było to wygranie przez Craiga Breena tytułu w WRC Academy w 2011 roku?
Na pewno jest jednym z tych momentów. Cieszę się, że o tym mi przypomniałeś. Miałem sporo szczęścia, że byłem na liniach mety podczas naprawdę niezwykłych chwil.
Sébastien Loeb, kiedy zdobył swój szósty tytuł mistrza świata tuż przed ratuszem w Hagenau, w jego rodzinnym mieście, podczas Rajdu Francji w Alzacji. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Są takie momenty, w których aż włosy stają dęba – jak na stadionie piłkarskim. Tam było 30 albo 40 tysięcy ludzi przed ratuszem. Odcinek Power Stage kończył się dokładnie przed nim. Ten ryk tłumu, kiedy Loeb wysiadł z samochodu… Rzadko go takim widziałem – łzy lały mu się po twarzy.
Znów – to była wielka odpowiedzialność, bo byłem na antenie radia. Mam to nagranie gdzieś zachowane i to jeden z momentów, z których jestem najbardziej dumny.
Opisałem, jak tylko potrafiłem najlepiej, atmosferę. A potem – pewnie pamiętasz ten cytat Murraya Walkera – powiedział, że największym przywilejem jego pracy, jako komentatora sportowego, było „stać na ramionach sportowych gigantów i głosić ich wielkość światu”. I to naprawdę jest przywilej.
Właśnie w tym momencie, z Sébastienem Loebem przed ratuszem, pomyślałem sobie: to jest właśnie przywilej mojej pracy. Móc być tam, u boku sportowej legendy, i przekazywać światu, co się dzieje. Próbować przenieść słuchaczy tam, ze mną, do tego ratusza w Hagenau. Tak – tego momentu nigdy nie zapomnę.
Były też inne momenty. Na przykład linia mety w Meksyku w 2015 roku, gdzie Ott Tänak wpadł do wody. Przez 10, 15 minut wiedzieliśmy, że samochód jest w wodzie. I nikt go nie widział. A odcinek cały czas trwał.
Pamiętam, że rozmawiałem chyba z Haydenem Paddonem i kilkoma innymi, którzy przyjechali po nim. Myślałem wtedy: „dlaczego my w ogóle to kontynuujemy?”. Bo byłem przekonany, że są przypięci pasami w tym samochodzie na dnie jeziora. To była, okropna, okropna sytuacja.
Były więc ogromne wzloty, ale też ewidentnie ogromne upadki na liniach mety. Ale, dzięki Bogu – o wiele więcej było wzlotów.