Kyle Busch – ulubiony „wróg” NASCAR
Taki tekst powinien powstać zdecydowaniej później: gdy Kyle Busch, z własnej woli, zawiesiłby kask na kołek, otrzymałby marynarkę NASCAR Hall of Fame i w pełni skupił się na karierze swoich dzieci. Byłaby to najpewniej laudacja na koniec kariery. Niestety, dwukrotny mistrz NASCAR Cup Series odszedł od nas – nagle i niespodziewanie – w wieku 41 lat.
W czasach współczesnych NASCAR nie było drugiego takiego kierowcy. 63 zwycięstwa i 2 tytuły w Cup Series, 102 wygrane wyścigi oraz mistrzostwo O’Reilly Parts Auto Series, 69 triumfów w Truck Series – ostatnie z nich tydzień temu, w piątek 15 maja na Dover Motor Speedway. Same te statystyki mówią same za siebie. Nikt, w całej historii NASCAR, nie wygrał tylu wyścigów we wszystkich trzech głównych dywizjach. W czasach świetności był dominatorem. Bywały takie weekendy, kiedy ścigał się we wszystkich trzech seriach i we wszystkich zwyciężał. Jego bezkompromisowy styl jazdy, w połączeniu z często niewyparzonym językiem, narobił mu mnóstwo wrogów na torze i na trybunach. Zbudował mu także legiony fanów, które trwały przy nim niezależnie od wyników.
Od młodości, Kyle Busch był widziany jako wielka gwiazda. Kiedy tylko skończył 18 lat, zaczął startować w NASCAR Busch Series, czyli drugiej co do ważności serii. Kyle wchodził do tego świata, mając już w nim swojego starszego brata, Kurta, mistrza Cup Series z 2004 roku. Z marszu dołączył do jednej z największych ekip – Hendrick Motorsports. Gdy wygrał swój pierwszy wyścig we wrześniu 2005 roku na Auto Club Speedway, był najmłodszym kierowcą, który tego dokonał.
Potem dołączył do innej potęgi – Joe Gibbs Racing. To właśnie w Toyocie z numerem 18, reprezentując różnego rodzaju słodkości, Kyle Busch wyrósł na jednego z największych, który ścigał się w NASCAR. Na pierwszy tytuł musiał czekać do 2015 roku. Zdobył go w kontrowersyjnych okolicznościach – to był początek systemu playoffów, a Kyle nie wystartował w prawie 1/3 sezonu ze względu na wypadek na samym początku roku w Daytonie, podczas wyścigu Truck Series. NASCAR wzięło na siebie część odpowiedzialności za to zdarzenie i uprościło Buschowi drogę do mistrzostwa. Musiał się jednak zakwalifikować do playoffów, a następnie wygrać finałowy wyścig w Homestead. To też uczynił. W 2019 roku Kyle nie był faworytem do mistrzostwa przed startem ostatniej rundy, ale ją zdominował, zapewniając swój drugi tytuł.
Ostatnie trzy sezony spędził w jeszcze innej legendarnej ekipie. Jego szefem został Richard Childress. Jak z wieloma innymi osobami w padoku, Busch był z nim dawniej na wojennej ścieżce. W 2011 roku Childress był tak wściekły na zachowanie Kyle’a podczas wyścigu Truck Series, że ruszył na niego z pięściami.
Nie był to pierwszy, ani też ostatni raz, kiedy Busch wymieniał ciosy. Najsłynniejsza bójka z jego udziałem miała miejsce w 2017 roku na jego domowym Las Vegas Motor Speedway. W końcówce wyścigu Kyle został obrócony przez Joeya Logano, o czym potem chciał porozmawiać. Z pomocą pięści.
Przez lata Busch spotykał się z negatywnymi reakcjami kibiców. Rzadko kiedy aplauz jego wiernych fanów przebijał się przez dźwięki orkiestry złożonej z kibiców wszystkich innych kierowców. Kyle, chyba lepiej niż ktokolwiek inny, wykorzystywał to na swoją korzyść. Nigdy nie uciekał od statusu „tego złego”, a wręcz samemu dolewał oliwy do ognia. Jego charakterystyczna celebracja wygranej, pokłon z flagą w szachownicę, był dla wielu nie podziękowaniem czy okazaniem wdzięczności za wsparcie, co środkowym palcem do tych, którzy go nie znosili. Mogli go buczeć, wyzywać, ale to on był górą. Gdy przed wyścigiem w Bristol w 2010 roku na prezentacji kierowców przywitano go gromkim burzeniem, Busch odpowiedział „ale jesteście kochani, dziękuję!”. Tłum zupełnie inaczej zareagował, gdy wyszedł Brad Keselowski, by powiedzieć, że „Kyle Busch to dupek”.
Kiedy skończyły się czasy regularnego wygrywania – jak to często bywa w sporcie – Kyle zaczął zyskiwać sympatię. Nie był już dominatorem, który odbierał smak życia z każdą wygraną. Teraz jeżeli wygrał, to była to okazja do świętowania. Tak też było tydzień temu w Dover w Truck Series. Zapytany na mecie o to czemu wygrane smakują tak dobrze, odpowiedział „dlatego, że nigdy nie wiesz, kiedy będzie ta ostatnia”.
Dziedzictwem Kyle’a Buscha nie będzie wyłącznie jego kariera jako kierowca. Mając swój własny zespół w Truck Series, dał platformę do rozpoczęcia jej wielu z obecnych kierowców Cup Series. Erik Jones, Christopher Bell, Daniel Suarez czy Bubba Wallace to tylko część osób, które przewinęły się przez progi Kyle Busch Motorsports.
Tym na którego czekał, był jego syn – Brexton. Jedenastolatek już od kilku lat ściga się na krótkich owalach asfaltowych i ziemnych, szykując się na starty w NASCAR. Jedną z motywacji dla Kyle’a, by dalej startować było właśnie to, żeby któregoś razu móc rywalizować w Trucku ze swoim własnym synem.
Jeszcze we wtorek Kyle świętował urodziny swojego syna. W czwartek rano pojawiła się informacja, że trafił do szpitala. Kilka godzin później – komunikat, którego nikt nie był w stanie przewidzieć.
Szymon Tworz: Cała ta sytuacja wydaje się kompletnie nierealna. Trudno dobrać właściwe słowa, bo samo użycie czasu przeszłego w kontekście Kyle’a Buscha brzmi jak coś niemożliwego. Odkąd pamiętam, Kyle był częścią NASCAR. Był obecny na torze, w centrum rywalizacji, w każdej wielkiej historii tego sportu. Wygrywał wyścigi, ustanawiał rekordy, których wcześniej nikt nie uważał za osiągalne i robił to w swoim własnym stylu. Jego pasja, ogromny talent i nieustępliwy duch walki przez ponad dwie dekady współtworzyły współczesne wyścigi NASCAR. Dla całego pokolenia kibiców był czymś więcej niż tylko kierowcą. On był symbolem tej dyscypliny, jej emocji, charakteru i bezkompromisowości. Świat NASCAR i cały świat sportów motorowych poniosły dziś potężną stratę. Odeszła jedna z największych osobowości, jakie ten sport kiedykolwiek widział. Cała społeczność straciła członka swojej rodziny. Spoczywaj w pokoju, Kyle. Dziękujemy za wszystko.
Michał Budziak: Przebojowy, kontrowersyjny, obdarzony niezwykłym talentem, prawdziwy mistrz kierownicy. Taki był Kyle Busch. Komentowanie jego zwycięstw, także sporów z rywalami było wielkim zaszczytem, bo wiedzieliśmy, że bierzemy udział w historii sportów motorowych. Piękny rozdział tej historii zakończył się gwałtownie, przypominając nam o tym, jak kruche jest ludzkie życie. Dziękujemy Ci, Kyle, za to, co dałeś naszemu ulubionemu sportowi, spoczywaj w pokoju.
