Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Kubica vs świat – Rajd Monte-Carlo 2015

Dziś urodziny obchodzi, bez wątpienia, najwybitniejsza postać polskiego motorsportu – Robert Kubica. W jakim stopniu jest on kierowcą wyścigowym, a w jakim rajdowym? Tu opinii jest wiele. Ja jednak chciałbym się cofnąć do czasów jego startów WRC i opowiedzieć o mojej ulubionym starcie Roberta.

Prywaciarz pełną gębą

fot. Maciej Niechwiadowicz

Przed pierwszą rundą sezonu 2015 – Rajdem Monte-Carlo, Kubica był w ciekawym położeniu. Z jednej strony, zdawał się być w mniej korzystnej sytuacji, niż w poprzedniej edycji. O ile w 2014 roku, Robert był praktycznie zawodnikiem M-Sportu, o tyle rok później był już kierowcą prywatnym, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Ekipa Malcolma Wilsona zapewniała tylko ograniczone wsparcie techniczne. Robert dysponował starszą Fiestą WRC, za kierownicą której siedział niegdyś Jari-Matti Latvala. To było jednak w 2012 roku, a trzy lata później ta konstrukcja nie była już tak konkurencyjna jak i20 czy Polo R WRC.

W dodatku poskładana na szybko, na zaledwie 12 dni przed startem rajdu. Obsługiwali ją mechanicy z włoskiego zespołu A-Style, dla większości których, Rajd Monte-Carlo był pierwszym spotkaniem z WRC.

Mimo to, otuchy polskim kibicom dodawał naturalny talent i tempo, które Kubica pokazał w Rajdzie Monte-Carlo rok wcześniej. Wygrał wtedy dwa odcinki i do momentu wypadnięcia z drogi na OS9, był w walce o zwycięstwo.

Dlatego nawet jeśli w pełnym sezonie, Kubica nie mógł liczyć na pokonanie załóg fabrycznych, o tyle w Alpach mógł sprawić niemałą sensację. A przynajmniej taka wiara panowała wtedy nad Wisłą.

Dramat pierwszej nocy

Wśród tysięcy Polaków, którzy w czwartek, 21 stycznia, zasiedli do oglądania Rajdu Monte-Carlo, byłem też ja. I tu pozwolę sobie na chwilę prywaty, bo do tych wydarzeń mam sporą nostalgię.

Rajdy oczywiście śledziłem już wtedy od lat. Głównie przy pomocy relacji pojawiających się w stacji, która zaczynała się na „Euro”, a kończyła na „sport”, lub dzięki kronikom rajdowym w Telewizji Polskiej. W pierwszej rundzie sezonu obrałem sobie jednak ambitny cel, żeby rywalizację śledzić w czasie rzeczywistym.

Rok 2015 to czasy sprzed Rally.tv i dopiero raczkująca aplikacja WRC+ (na którą i tak nie było mnie stać). Więc oesy mistrzostw świata śledziło się za live timingu i radia WRC.

Z tabelką przed oczami i charakterystycznym szkockim akcentem Colina Clarka w słuchawkach, czekałem na wyniki pierwszego oesu, w wykonaniu Roberta.

Jakież było moje (i wszystkich polskich kibiców) rozczarowanie, gdy stara Fiesta WRC Kubicy, zawiodła już na drugim odcinku specjalnym. Alternator rajdówki nie wytrzymał trudów 20-kilometrowego odcinka „Norante-Digne les Bains” i odmówił współpracy.

Robertowi i Maćkowi udało się doprowadzić samochód do stanu używalności, ale po drodze stracili 10 minut i spadli na 66 miejsce w generalce. Czyżby wspaniała przygoda w Alpach miała już się zakończyć?

Kubica kontratakuje

fot. Tomas Klima

O ironio, awaria alternatora okazała się zbawienna. Dzięki niej, Robert startował do drugiego dnia rajdu, jako drugi zawodnik na trasie. A to dawało mu dużo korzystniejsze warunki na drodze.

Kubica miał też nos do opon, nie decydując się na mieszankę z kolcami. Bo choć nie świadczył o tym pierwszy piątkowy oes (na którym Polacy zajęli 9 miejsce), to na kolejnych odcinkach nie było wiele śniegu i lodu.

Tak oto rozpoczęła się jedna z najbardziej magicznych chwil w życiu polskiego kibica rajdowego. Nasza załoga wykręciła najszybszy czas na OS4 i to w jednej z najmocniejszych stawek w nowoczesnej historii Rajdu Monte-Carlo.

Bo obok, i tak już bardzo mocnej, obsady zespołów fabrycznych (Ogier, Latvala, Neuville, Sordo, Meeke), gościnny start zaliczył również Sebastien Loeb. Kubica jednak „włożył” ośmiokrotnemu mistrzowi świata 7 sekund. Ogier natomiast stracił „tylko” 3 sekundy.

Gdy ktoś mógł mieć jeszcze wątpliwości, czy nie był to jednorazowy wyskok ze strony Roberta, nadszedł OS5. Ta sama historia – Kubica znów najszybszy. Ogier +0.8, Loeb +22.1.

Szok mieszał się we mnie z radością, wymachiwałem pięścią w powietrzu, starając się z całych sił nie wydawać z siebie żadnych triumfalnych okrzyków.

A Robert leciał dalej. Czwarty czas na OS6, ale potem kolejne zwycięstwo, tym razem na drugim przejeździe „Aspres les Corps”. Kubica wygrał trzy z sześciu odcinków drugiego dnia. Z 66 miejsca, wskoczył na 23 pozycję.

Ciężko było mi wtedy zrozumieć, na co właśnie patrzę. Oto polska załoga, nie dość, że jedzie tempem dwóch największych w historii tego sportu, to jeszcze wygrywa z nimi odcinki.

Przejazd marzeń

Oczywiście w rajdowej przygodzie Kubicy nic nigdy nie było proste i żadna dobra chwila nie trwała długo. Na ostatnim piątkowym odcinku nasza załoga popełniła dwa błędy, lądując poza drogą. Przy drugiej z tych wycieczek przebili oponę i suma summarum stracili prawie 4 minuty.

Jakby tego było mało, chwilę później dał o sobie znać brak doświadczenia ich zespołu. Mechanicy nie dopilnowali procedur parku serwisowego i załoga musiała skorzystać z systemu SuperRally (wtedy Rally2) aby naprawić samochód. Otrzymali dodatkowo 7 minut kary.

Robert jednak zawsze potrafił szybko się podnosić po każdej przeciwności losu. Nie inaczej było tym razem. Niczym niewzruszony, ruszył do pierwszego piątkowego oesu.

A nie był to odcinek przypadkowy. Załogi „na przebudzenie” miały do przejechania piekielnie długi, oes „Lardier et Valenca – Faye”. W dodatku, w warunkach godnych Rajdu Monte-Carlo. Na 51 kilometrach próby było wszystko: suchy i mokry asfalt, śnieg oraz lód.

I w tych warunkach najszybszy znów był Robert Kubica. Nie Sebastien Loeb, który wygrywał tę imprezę 6 razy. On przegrał z Polakami aż o 40 sekund. Nie był to również Sebastien Ogier, urzędujący Mistrz Świata, urodzony w Gap i właściwie dorastający na tych odcinkach. Jemu Kubica „wmontował” prawie 2 minuty.

Może to tylko jeden odcinek, ale wątpię że kiedykolwiek przyjdzie nam zobaczyć coś takiego WRC. Polska załoga zamiatająca podłogę dwoma 9-krotnymi Mistrzami Świata. Nasz duet wystrzelił też, na 16 pozycję w klasyfikacji generalnej.

Fiesta odmawia współpracy

Niestety Polacy osiągnęli takie tempo mimo swojego Forda Fiesty, a nie dzięki niemu. I zaraz po OS10 rajdówka zaczęła się buntować. Po alternatorze przyszedł czas na hamulec ręczny.

Na taką awarię nie ma dobrych miejsc, ale niewiele jest gorszych niż górskie serpentyny Rajdu Monte-Carlo. Mimo to, Kubica i Szczepaniak wykręcili drugie czasy na OS11 i OS12.

Po śniegu i lodzie, na slickach, bez hamulca ręcznego, przegrali tylko z Loebem i z Meekiem. Dla kibica smakowało to praktycznie tak dobrze, jak zwycięstwa oesowe.

Pomimo przygód, na koniec trzeciego dnia rajdu, polska załoga zajmowała 13 miejsce w klasyfikacji generalnej. Gdyby nie awaria alternatora i błędy zespołu, Kubica walczyłby o podium z Mikkelsenem i Latvalą.

Nikt nie załamywał jednak rąk. Do punktowanego miejsca, Polacy tracili „tylko” dwie minuty, a ich absurdalnie szybkie tempo rozbudziło apetyty. Nawet jeśli nie na 10 pozycję, to na pierwszą trójkę Power Stage.

W niedzielę na załogi czekały tylko trzy odcinki specjalne. Kubica i Szczepaniak zaczęli spokojnie, od dziesiątego czasu na OS13. Przed nimi był teraz legendarny oes „La Bollene Vesubie – Sospel” z kultowym przejazdem przez przełęcz „Col de Turini”.

Robert i Maciek przekroczyli metę odcinka i to z całkiem niezłym, szóstym czasem. Niestety, choć „hydrołapa” była tym razem sprawna, to współpracy odmówiły zwykłe hamulce. I to w najgorszym możliwym momencie.

Zaraz za metą lotną, załogi pokonywały ciasny lewy zakręt w drodze do mety stop. Przez awarię polska załoga nie była jednak w stanie wyhamować i uderzyła z impetem w kamienny murek. Kubica i Szczepaniak wyszli z wypadku bez szwanku, ale niestety tym razem nie dało się już jechać dalej. Uderzenie pozbawiło Fiesty WRC dwóch kół.

Tu wspaniały sen polskich kibiców niestety dobiegł końca. Mogliśmy zastanawiać się tylko „co by było gdyby?”. Gdyby nie awaria alternatora? Albo błąd zespołu? Gdyby nie te przeklęte hamulce?

Wszystkiego najlepszego!

fot. Denis Baudron

Choć w tej historii happyendu nie było, to występ Kubicy w Rajdzie Monte-Carlo 2015 i tak był jednym z najbardziej magicznych momentów w polskich rajdach.

Pisząc ten artykuł, miałem w czym wybierać, bo nikt nie zapisał tylu pięknych stron w dziejach polskich sportów motorowych co Robert.

Z okazji urodzin życzymy mu kontynuowania tego dzieła, tak jak w Montrealu 17 lat temu, w Le Mans w czerwcu bieżącego roku, czy właśnie we francuskich Alpach w 2015 roku. A jeśli Krakowianin chciałby jeszcze raz rzucić wyzwanie gigantom rajdów, to jestem pewien, że WRC przyjmie go z otwartymi ramionami.

Udostępnij!

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments