Dodał: Tomasz Kaliński Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Jak zmierzyć się z legendą? Rajd Safari

Rajd Safari ponownie na dobre rozgościł się w kalendarzu WRC. Choć jego format został dostosowany do współczesnych realiów, duch legendy wciąż jest wyczuwalny, a afrykańskie bezdroża przyciągają śmiałków, zarówno tych wewnątrz, jak i na zewnątrz rajdówki.

Historia kenijskiego klasyka sięga lat 50. ubiegłego stulecia. Po raz pierwszy rozegrano go w 1953 roku jako formę uczczenia koronacji Elżbiety II. Później przyjął nazwę East African Safari Rally, a następnie już tę aktualnie obowiązującą, czyli Safari Rally. Gdy w 1973 roku powstały mistrzostwa świata, Kenii nie mogło zabraknąć w najważniejszym rajdowym harmonogramie i Safari było jedną z rund cyklu aż do sezonu 2002. Długo wyczekiwany powrót do kalendarza – dodatkowo opóźniony pandemią koronawirusa – nastąpił w 2021 roku.

Obecne Safari – choć w kilku regulaminowych obszarach traktowane jest wyjątkowo – musiało zostać dostosowane do współczesnych realiów. Odbywa się na bardziej zwartym terenie, a cały rajd liczy mniej kilometrów oesowych niż niegdyś jeden etap. Czy warto więc zmierzyć się z afrykańską legendą?

 

 

Przelot:

Od powrotu do kalendarza WRC rajd bazuje w mieście Naivasha. Położone jest ono około 100 kilometrów na północ od Nairobi. Aby rozpocząć swoją przygodę z Safari, najlepiej przylecieć właśnie do stolicy Kenii. Pomijając czartery, latające i tak najczęściej do oddalonej o prawie 500 km w kierunku południowym Mombasy, podróż z Polski wymaga przynajmniej jednej przesiadki. Ceny najczęściej zaczynają się od 2000 zł z dużym hakiem, a do dyspozycji są m.in. niskokosztowa linia Air Arabia, dalej KLM, Kenya Airways aż po Turkish Airlines, Qatar Airways czy Emirates. Warto dokładnie przyjrzeć się konstrukcji biletu i tego, kto jest jego wystawcą. Bywało tak, że dokładnie to samo połączenie (Warszawa – Amsterdam – Nairobi), realizowane tymi samymi maszynami, na stronie KLM było droższe niż na witrynie Kenya Airways, a w dodatku przewoźnik z Niderlandów oferował w cenie jeden bagaż rejestrowany, a afrykański dwa. Oczywiście jak to często ma miejsce również w przypadku typowo wakacyjnych destynacji, ceny z krajów mniej lub bardziej odległych od Polski są niższe. W chwili pisania tych słów bilet powrotny z Wiednia do Nairobi renomowanym Qatar Airways kosztował około 1950 zł. Z kolei Saudia Airlines na początku roku przygotowała promocję, oferując loty z Półwyspu Iberyjskiego za około 900 zł.

Transport i podróżowanie

Tak jak w przypadku innych rund WRC, na które udajemy się samolotem, trzeba wypożyczyć samochód. Czysto teoretycznie, gdy pozna się rajd, można go obejrzeć dysponując „zwykłą” osobówką, ale będzie to niepraktyczne, bardzo ograniczające i po prostu męczące. Najrozsądniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza przy pierwszej wizycie na Safari, będzie auto z napędem na cztery koła. Pozwoli na większą swobodę przy wyborze dojazdów i ułatwi wyjazd z oesu, gdy intensywnie popada – a nie jest to w rejonie Naivashy rzadkością.

Globalne sieciówki, obecne w prawie każdym zakątku świata, oferują swoje samochody również w Nairobi. Koszt „terenówki” z tych najbardziej popularnych wypożyczalni zaczyna się od około 100 dolarów za dobę. A najczęściej dochodzi jeszcze ubezpieczenie. Można się jednak rozejrzeć po lokalnym rynku. Kenia słynie z parków narodowych i by podziwiać dziką zwierzynę, wielu turystów decyduje się na tzw. self-drive, czyli wypożyczają terenówkę i samodzielnie ruszają w teren. Dzięki temu można znaleźć auto 4×4 w trochę niższej cenie niż od znanych dostawców. Oczywiście, gdy jeszcze w Polsce wytypujemy od kogo chcemy wziąć auto, warto sprawdzić opinie w Internecie. Zwykle już po jednym mailu dalszą korespondencję i negocjacje prowadzimy poprzez komunikator. Nie wysyłamy żadnych zaliczek, rozliczenie następuje przy odbiorze – samochód dostarczany jest na lotnisko w Nairobi lub w inne miejsce zależnie od potrzeb. Koszt to 65-70 dolarów za Toyotę RAV4 – nie nową, ale utrzymaną w rozsądnym stanie i z przyzwoitymi oponami. Minusy – ubezpieczenie od szkód to trochę szara strefa i jego zakres jest pewną niewiadomą.

Sama jazda po kraju? Cóż, z pewnością są na świecie państwa, gdzie jeździ się trudniej, ale przyjemnie nie jest. Nie chodzi nawet o stan dróg czy ruch lewostronny, ale zachowanie innych uczestników. A to bywa nieprzewidywalne. Jazda na tzw. czołówkę, wyprzedzanie na trzeciego, wyprzedzanie poboczem czy jazda nocą bez świateł nie są rzadkością. Obowiązuje oczywiście prawo większego i zwłaszcza kierowcom rozpędzonych autokarów dalekobieżnych warto ustąpić. Oni na pewno tego nie zrobią. Uważać trzeba też na wszędobylskie matatu, czyli taksówki-minibusy jeżdżące miedzy miastami i miasteczkami. Plotka głosi, że kurs takim pojazdem zapewnia wrażenia porównywalne z co-drivem w aucie Rally1 😊

Zaczynając naszą podróż z lotniska w kierunku Naivashy, możemy szybko zostawić Nairobi za sobą dzięki stosunkowo niedawno otwartej, poprowadzonej na filarach ekspresówce. Jest ona płatna, ale warto wydać te kilka dolarów. Jadąc zwykłą drogą, idącą „pod spodem”, możemy stracić i godzinę stojąc w korkach. Gdy miniemy już stolicę Kenii, nadal mamy do dyspozycji dwupasmówkę (z progami zwalniającymi!), natomiast tuż przed połową dystansu do Naivashy następuje zwężenie do jednego pasa. Podstawowe drogi wokół goszczącego rajd miasta są asfaltowe. W przypadku etapów piątkowego i niedzielnego szuter pojawia się dopiero bardzo blisko oesów. Z kolei w trakcie sobotniego etapu – podczas którego trzy powtarzane odcinki zmieszczone są na stosunkowo niewielkiej powierzchni – jazdy po szutrze lepszej lub gorszej jakości jest więcej.

 

 

Zakwaterowanie

Oferta noclegowa w Naivashy, przygotowana też na turystów odwiedzających parki narodowe, jest dość bogata. Nie brakuje hoteli i resortów różnej jakości oraz prywatnych apartamentów. Za 50 dolarów za noc można znaleźć przyzwoity pokój dwuosobowy, z prywatną łazienką oraz niewielkim śniadaniem w cenie. Kontakt z hotelami jest dość prosty i łatwo potwierdzić rezerwację zrobioną także przez popularnych pośredników. Z honorowaniem warunków czy ustalonej wcześniej ceny nigdy nie było problemu.

Wyżywienie, zakupy

W tym przypadku wiele zależy od własnego podejścia do tego typu wyjazdów. Zaznaczyć jednak trzeba, że lokali gastronomicznych – w choćby zbliżonym do europejskiego rozumieniu – w samej Naivashy nie jest zbyt wiele, a blisko odcinków ich praktycznie nie ma. Jeśli nie zdecydujemy się zabrać na rajd coraz popularniejszych podczas takich wypraw dań liofilizowanych (a warto, bo dokładając do tego wodę i grzałkę zjemy rozsądny posiłek), śniadanie i kolację może nam zapewnić hotel, a coś na przetrwanie na odcinkach kupimy w supermarketach. Szczególnie dobrze zaopatrzone są te z sieci Naivas. Dostać w nich można między innymi… polską czekoladę.  W asortymencie jest pieczywo tostowe, słodkie wypieki czy podstawowe warzywa i owoce.

Szczepienia i profilaktyka zdrowotna

Z punktu widzenia formalnego, aby wjechać do Kenii nie potrzebujemy żadnych szczepień. Jednak bakterie, wirusy i inne drobnoustroje „nie zwracają uwagi” na formalności, więc warto być świadomym zagrożeń i zależnie od własnych potrzeb wraz z lekarzem medycyny podróży dopasować profilaktykę, mając w pamięci też to, że pomoc medyczna na poziomie znanym w Europie nie jest w Afryce dostępna „od ręki”. Szczególną uwagę zaleca się poświęcić chorobom przenoszonym drogą pokarmową, jak wirusowe zapalenie wątroby typu A czy dur brzuszny. Oddzielna historia to malaria. W tym przypadku dostępna jest tylko profilaktyka farmakologiczna. Safari odbywa się na stosunkowo dużych wysokościach nad poziomem morza, więc ryzyko zachorowania jest niskie, ale nie zerowe, zwłaszcza w porze deszczowej. Leki zawierające substancje czynne przeciwdziałające rozwojowi malarii są na receptę, więc i w tym przypadku konieczna jest konsultacja lekarska. Jeśli nie zdecydujemy się na taką formę ochrony, dobry repelent odstraszający komary to artykuł pierwszej potrzeby.

Bezpieczeństwo

Środki ostrożności są wskazane, ale z pewnością nie trzeba cały czas nerwowo rozglądać się wokół siebie w poczuciu zagrożenia. Nie trudno też zgadnąć, że stosunkowo nowoczesne centrum Nairobi różni się od dużo uboższych obrzeży stolicy Kenii. Naivasha z kolei jest mniej kontrastowa. W okolicy rajdu mieszkańcy zagadują z uprzejmym zaciekawieniem, tym większym, im dalej od utartych szlaków dotrzemy. Uważać trzeba przy nagrywaniu telefonem komórkowym z okna samochodu. Zbyt dalekie wystawienie ręki może zakończyć się niemiłą niespodzianką i utratą sprzętu.

 

 

Dostęp do odcinków, strefy kibica

Wbrew obiegowej opinii, Safari ogląda duża liczba Kenijczyków. Spotkać można też fanatyków z Ugandy czy Rwandy, a najwięcej kibiców przybywa oczywiście na weekend. Rajd wzbudza powszechne zainteresowanie, więc spora część mieszkańców – tych, którzy nie mogą pozwolić sobie na dalsze dojazdy – gromadzi się w miasteczkach i wsiach, pozdrawiając zawodników.

Zdecydowana większość odcinków specjalnych wytyczona jest na terenach parków narodowych i rezerwatów. Z tego względu organizatorzy starają się ograniczyć ruch publiki, kierując ją do stref kibica. Największe są na oesach Kedong, Soysambu, Sleeping Warrior i osławiony Hell’s Gate – ten zamknięty jest również ze względu na obecne w okolicy, rozbudowane instalacje geotermalne, będące ważnym źródłem energii. Dojazdy do stref nierzadko są zatłoczone, a obrazki z zeszłorocznego (tworzącego się zresztą w różnej skali podczas każdej edycji) korka na drodze prowadzącej na Power Stage obiegły media społecznościowe. Dostanie się na odcinki innymi drogami jest możliwe, ale utrudnione. Ze wspomnianego wcześniej powodu oesy otoczone są płotem, chociaż pojedyncze samochody i grupki ludzi spotkać można w wielu miejscach na trasie. Czasami wystarczy skrupulatne przygotowanie i sprawdzenie dojazdów, w innych przypadkach trzeba przekonać strażnika rezerwatu, by sprzedał bilet wjazdowy, tak jak czyni to w zwykłe dni, gdy rajd się nie odbywa. Większy problem jest z odwiedzeniem serwisu – teren, na którym on się znajduje, należy do Wildlife Research and Training Institute i jest pilnowany zarówno przez jego pracowników, jak i wojskowych. Na wjeździe najczęściej trzeba okazać rajdową przepustkę.

Zwierzęta nie są dużym zagrożeniem, co nie oznacza, że można lekceważyć podstawowe środki ostrożności. W zeszłych latach organizatorzy zarówno w trakcie rekonesansu, jak i samej rywalizacji ostrzegali o obecności lwów w niektórych częściach oesu Sleeping Warrior. One jednak najczęściej nie wykazują dużego zainteresowania człowiekiem. Groźniejsze są bawoły, które atakują, gdy czują się zaskoczone i przestraszone. Dlatego podczas odprawy dla zawodników i mediów, specjalista ds. dzikiej zwierzyny zachęca by nie pozostawać cicho, a spacerując śpiewać sobie coś pod nosem. Kenijskiej florze i faunie na pewno warto poświęcić czas niezależnie od rajdu, odwiedzając przynajmniej jeden z parków narodowych, np. w Nakuru, bliskiemu bazie rajdu, czy w Nairobi.

Safari bez wątpienia nie jest ani rajdem łatwym, ani tanim. Solidne przygotowanie i dobrze dobrana grupa ludzi, wiedzących na co się piszą, to podstawa, by myśleć o kenijskim klasyku. A zmierzyć się z legendą, nawet w jej najnowszym obliczu, z pewnością warto!

 

Udostępnij!