The I.C.E. St. Moritz
Dodał: Marcin Wyrzykowski Kategoria: Inne Komentarze: 0

Hipersamochód na lód, a nie do garażu

St. Moritz zimą to miejsce, które samo w sobie robi wrażenie, nawet bez samochodów. Ale gdy jezioro zamarza, a na jego powierzchni pojawiają się auta warte więcej niż niejedna kolekcja muzealna, robi się naprawdę ciekawie. Właśnie tam odbywa się The I.C.E. St. Moritz – wydarzenie, które przez dwa dni przyciąga ponad 20 tysięcy fanów motoryzacji z całego świata. I nie chodzi tylko o patrzenie.

Bugatti pojawiło się w St. Moritz w pełnym przekroju swojej historii – od przedwojennych modeli, przez ikonę hipersamochodów z lat 2000., aż po najbardziej radykalny projekt ostatnich lat. Trudno powiedzieć, która część programu była „najważniejsza”, bo każda trafiała w inny rodzaj wrażliwości. I chyba tak miało być.

Trzy Veyrony i przypomnienie, skąd wziął się hipersamochód

Najwięcej uwagi przyciągnęły trzy egzemplarze Veyron Grand Sport Vitesse z serii Les Légendes de Bugatti: Soleil de Nuit, Rembrandt Bugatti oraz Meo Costantini. To auta, które w momencie premiery były przesadą, a dziś są ruchomymi artefaktami epoki, w której Bugatti na nowo ustawiło poprzeczkę dla osiągów, luksusu i inżynierii.

Pokaz był nietypowy. Samochody stały i jechały, a między nimi poruszali się profesjonalni łyżwiarze figurowi. Brzmi to dziwnie nawet teraz i pewnie nie wszyscy ten pomysł kupią. Ale na miejscu działało – było w tym coś spokojnego, kontrastowego, chwilami bardziej performance niż klasyczny pokaz motoryzacyjny.

Te trzy Veyrony przypominały, dlaczego powrót Bugatti dwie dekady temu był czymś więcej niż tylko reaktywacją marki. To był moment narodzin nowoczesnego hipersamochodu. I od tamtej pory motoryzacja już nie do końca jest taka sama.

The I.C.E. St. Moritz
The I.C.E. St. Moritz
fot. Bugatti

Czytaj również: Bugatti zbudowało hołd dla Veyrona

Małe Bugatti i bardzo współczesna teraźniejszość

W tym samym duchu historii, choć w zupełnie innej skali, pojawiła się nowość od Hedley Studios. Po raz pierwszy zaprezentowano Bugatti Baby II „Meo Costantini” – jedyny w swoim rodzaju, pomniejszony hołd dla legendarnego Type 35.

Obok pełnowymiarowego Veyrona wyglądał niemal jak zabawka, ale tylko z daleka. To projekt, który pokazuje, jak daleko Bugatti potrafi pójść w personalizacji i jak konsekwentnie pilnuje własnego języka stylistycznego. Nie każdemu to potrzebne, nie każdy w ogóle rozumie sens takich projektów, ale trudno odmówić im spójności. Nawet jeśli jest to spójność bardzo niszowa.

Gdy część historyczna zaczęła się wyciszać, przyszła pora na teraźniejszość – a właściwie na coś, co jest tak radykalne, że trudno to porównać z czymkolwiek innym w gamie marki. Na lodowym torze wytyczonym na jeziorze pojawił się Bolide.

Trzy egzemplarze, trzech właścicieli, prawdziwa jazda. Bez teatralnych póz, bez udawania. Lód i śnieg nie są naturalnym środowiskiem dla auta o takich parametrach, więc tym bardziej robiło to wrażenie. Trudno powiedzieć, gdzie kończyła się demonstracja możliwości, a zaczyna czysta odwaga – pewnie gdzieś pośrodku.

Czytaj również: Mercedes, który nie chce być grzeczny. Nowe coupe rodzi się w śniegu

The I.C.E. St. Moritz
The I.C.E. St. Moritz
fot. Bugatti

Klasyka, EB110 i spokojniejsze tempo poza lodem

Równolegle trwał Concours of Elegance, w którym Bugatti również było mocno reprezentowane. W klasie „Open Wheels” pokazano modele Type 13, Type 35 i Type 37A. Każdy z nich przypominał, że zanim przyszły rekordy prędkości i tabelki z danymi, była czysta mechanika i wyścigowa prostota.

W kategorii „Birth of the Hypercar” pojawiło się EB110 – samochód, który nie zawsze dostaje tyle uwagi, ile zasługuje. A przecież bez niego nie byłoby Veyrona. To jedno z tych aut, które dziś ogląda się inaczej niż wtedy, gdy było nowe.

Poza lodem, na brzegu jeziora funkcjonowała I.C.E. Village – strefa rozmów i spokojniejszego tempa. Bugatti zaprosiło tam swoich klientów do przestrzeni utrzymanej w stylu alpejskiego chalet. Bez ostentacji. Bardziej wspólnota niż pokaz statusu, co w przypadku tej marki wciąż bywa zaskakujące.

The I.C.E. St. Moritz
The I.C.E. St. Moritz
fot. Bugatti

Na koniec głos zabrał Hendrik Malinowski, dyrektor zarządzający Bugatti: Obcowanie z magią zimy w tak spektakularnym miejscu zawsze jest przyjemnością, ale to uhonorowanie historycznych i współczesnych modeli Bugatti sprawia, że to wydarzenie jest dla nas naprawdę wyjątkowe. To okazja, by świętować to, co definiuje markę, razem – jako rodzina. Nasi klienci byli bardzo podekscytowani możliwością udziału i jazdy w tak niezwykłym otoczeniu: od pokazu Bolide’a na lodzie po hołd dla Veyrona z udziałem łyżwiarzy figurowych. To wszystko pokazuje pasję i pionierskiego ducha, które tworzą wspomnienia na całe życie.

I chyba o to właśnie w St. Moritz chodzi. Nie tylko o samochody. Raczej o momenty, które trudno powtórzyć.

The I.C.E. St. Moritz
The I.C.E. St. Moritz
fot. Bugatti

Udostępnij!