Gigi Galli – Latający Włoch
W jego rodzimej Italii, przez jego dalekie loty na hopkach, nazywano go „latającym Włochem”. Finowie, będący oszołomieni tym jak wchodził bokiem w zakręty, mówili na niego „hullu” – czyli „szalony”. Oto sylwetka Gianlugiego Galliego – kierowcy, który do dziś jest uwielbiany przez kibiców za spektakularny styl jazdy i poczucie humoru.
Od Cinquecento do Lancera

Galli przyszedł na świat w Livigno – miasteczku znanym z bycia kurortem narciarskim. Jednak Gigiego od najmłodszych lat nie ciągnęło na stok, a za kierownicę. W wieku 19 lat zadebiutował w rajdach samochodowych w Rally Coppa Valentina.
Parę miesięcy później, wraz z początkiem 1995 roku, Galli rozpoczął starty w Pucharze Fiata Cinquecento. Nic dziwnego, wszak do Fiatów Gigiego ciągnęło od najmłodszych lat. Uczył się jeździć, korzystając z… popularnego „malucha”, czyli Fiata 126p.
Dlatego nawet w mocniejszym Cinquecento szybko znalazł swoje tempo. W debiutanckim sezonie był czwarty, ale rok później nie było już na niego mocnych. Galli wygrał cztery rundy i zwyciężył w pucharze.
To otworzyło drzwi do bardziej prestiżowych mistrzostw i mocniejszych aut. Konkretnie – do Forda Escorta RS Cosworth w barwach Jolly Club, w czterech rundach Mistrzostw Europy. Dostając taką szansę w wieku 24 lat, Gigi mógł myśleć, że „złapał Pana Boga za nogi”. Nic bardziej mylnego.
Pierwsza przygoda Włocha w „poważnych” rajdach była falstartem. Z siedmiu startów w tamtym sezonie, metę zobaczył tylko w jednym – w Rajdzie Ypres. Co prawda na wysokim, dziewiątym miejscu, ale wciąż było to zbyt mało, by uratować sezon.
W 1998 roku Gigi musiał się więc skupić na rodzimych zawodach. Właśnie wtedy po raz pierwszy wpadł w objęcia Mitsubishi. Gdy Tommi Makinen zdobywał w Lancerze swój trzeci tytuł Mistrza Świata, w bliźniaczej konstrukcji, na trasach w Piancavallo, Salento i Radicofani, rósł włoski rajdowy talent.
Galli w barwach Ralliart Italia zdobył w tamtym sezonie Mistrzostwo Włoch w Grupie N. W dodatku zaliczył debiut w Rajdowych Mistrzostwach Świata, podczas Rajdu Sanremo, wygrywając swoją klasę. W następny roku był gotowy, aby zmierzyć się z najlepszymi.
Początki w WRC

Pierwszy etap kampanii w Mistrzostwach Świata w 1999 roku, niepokojąco przypominał poprzedniego podejście Galliego do międzynarodowej sceny. Włoch rywalizował w Pucharze Grupy N i w trzech z czterech pierwszych rajdów nie dotarł do mety. Sezon osłodził Rajd Sanremo, w którym Gigi ponownie wygrał rywalizację w „N-ce”.
Kolejne lata były pod wieloma względami podobne. Tempa Gianluigiego na domowych asfaltach nie dało się podważyć. W 2000 roku po raz drugi został Mistrzem Włoch w Grupie N. Jednak w WRC i ERC, brakowało mu regularności.
Nie będąc w stanie przebić się do szybszych rajdówek, Galli w 2002 roku zdecydował się wrócić do swoich korzeni – Fiata. Przystąpił do rywalizacji w nowo utworzonym Junior WRC, za kierownicą Punto S1600.

Włocha dopadł jednak straszliwy pech. W Rajdzie Monte Carlo jechał po pewne zwycięstwo, gdy na drugim etapie z drogi wyrzucił go płat lodu. Z kolei na Akropolu i w Niemczech wycofywał się przez awarie – w obu przypadkach już pierwszego dnia rajdu.
Czytaj także: Rajd Monte Carlo 2002 – Loeb przegrał, choć był najszybszy
Finalnie Galli przywiózł punkty tylko z Katalonii (4 miejsce) i z Sanremo (5 miejsce). Choć sezon ciężko było nazwać udanym, to większy czas antenowy i lepsza promocja, jaką cieszyło się Junior WRC, sprawiło przynajmniej, że o Włochu usłyszała szersza publika.
Dobry zespół, zły moment

Dlatego, chociaż w sezonie 2003 Galli znów znalazł się w N-Grupowym Lancerze, to już rok później trafiła się mu wymarzona okazja. Został fabrycznym kierowcą Mitsubishi w WRC. Włoch miał przejechać cztery rundy Mistrzostw Świata w najwyższej klasie, zmieniając się za kierownicą z Danielem Solą i Kristianem Sohlbergiem. W pozostałych rajdach miał wystąpić w PWRC w „N-ce”.
Szkopuł polegał jednak na tym, że fotel, który jeszcze cztery lata wcześniej wydawałby się wymarzony, w 2004 roku znajdował się w rajdówce dalekiej od idealnej. Największe sukcesy Mitsubishi były wtedy już odległym wspomnieniem. Zespół walczył głównie o przetrwanie i najnowsza wersja Lancera WRC mocno odstawała od rywali.
Dlatego, paradoksalnie Galli przywiózł swój najlepszy wynik w tamtym sezonie, za kierownicą… N-Grupowego Lancera. Było to podczas Rajdu Sardynii, w którym zajął szóste miejsce w generalce. W „wurcu” jego najlepszym wynikiem była siódma pozycja w Rajdzie Katalonii.
Andrew Cowan uznał jednak te wyniki za wystarczająco zadowalające i zostawił Gianluigiego w składzie zespołu na sezon 2005. Włoch tym razem dostał aż trzynaście występów w aucie najwyższej klasy.
Bohater kibiców

Właśnie w tamtym roku Galli osiągnął swój „peak”. Po pierwsze, pod względem sportowym – zawlókł zniedołężniałego Lancera WRC05 na piąte miejsce w Niemczech i w Australii. Do tego na pierwszym etapie Rajdu Turcji wygrał OS4 i znalazł się na sensacyjnym prowadzeniu.
Dzień zakończył na drugiej pozycji, z realną szansą na pierwsze podium w karierze. Niestety na przeszkodzie znów stanął sam Lancer, a konkretnie jego turbosprężarka. Przez awarię Galli dojechał do mety dopiero na ósmej pozycji.
Jednak, co ważniejsze, szczytu sięgnęła popularność Włocha. Już wcześniej Gigi był lubiany przez kibiców za swój bezkompromisowy styl jazdy. Jednak teraz ujrzała go szeroka widownia.
Jazda bokiem, składanie się do nawrotów kilkaset metrów wcześniej i przede wszystkim – bardzo dalekie loty. Szczególnie ten z Rajdu Finlandii, gdy na słynnej hopie na Ouninpohji frunął przez 45 metrów.
Włocha ciężko było nie lubić. On sam był tego zresztą świadomy i utrzymywał szczególną więź z kibicami. Podczas odcinka na stadionie w Algarve w Rajdzie Portugalii 2007, założył koszulkę piłkarskiej reprezentacji tego kraju i wszedł na dach, aby pozdrowić kibiców. Chwilę później zresztą z tego dachu spadł.

Galli miał też poczucie humoru i spory dystans do siebie. Przebrany w kombinezon narciarski zjechał pewnego razu ze schodów motorhome’u Mitsubishi. Innym razem, przyrządzał pizzę dla dziennikarzy BBC. Popisy za kółkiem wychodziły mu lepiej niż w kuchni, bo kompletnie spalił ciasto.
Gdy w 2008 roku podpisał kontrakt z M-Sportem (sponsorowanym wtedy przez firmę transportową Stobart), żartował, że gdyby szukali kogoś do jazdy ciężarówką, to jest pod telefonem.
Gigi momentami sprawiał wrażenie kierowcy, który jest w rajdach dla zabawy, a niekoniecznie już dla kręcenia dobrych czasów. Jednak w 2005 roku pokazał, że gdy miał swój dzień, potrafił walczyć z najlepszymi.
Koszmar pilotów

Dużo cięższe życie z Gianluigim mieli za to jego kompani z prawego fotela. Guido D’Amore, wieloletni pilot Galliego, przyjął od kierowcy cios w kask, gdy źle podyktował czas na mecie odcinka w Nowej Zelandii.
Później panowie posprzeczali się podczas odcinka Rajdu Australii o źle podyktowaną komendę:
„Jakie pięćdziesiąt?! Najpierw dwa! Tutaj dwa! Tutaj! No… i teraz 150!” – wydzierał się na pilota Galli.
Po sezonie 2005 kariera Włocha znalazła się niestety na zakręcie. Mitsubishi niespodziewanie wycofało się z WRC, zostawiając Gigiego na lodzie. Pomocną rękę wyciągnęli starzy znajomi z Ralliart Italia, którzy wystawili Galliego w dwóch pierwszych rundach sezonu 2006.
Włoch pokazał się z dobrej strony w Monte Carlo i przede wszystkim w Szwecji (zajął 4 miejsce). Jednak po dwóch rundach wsparcie się skończyło i Galli musiał na nowo organizować budżet.
Czytaj także: Polskie zwycięstwo w Rajdzie Dakar
Znalazł go dzięki Pirelli i zespołowi Bozian Racing, który dostarczył mu Peugeot 307 WRC. Umowa znowu była krótkotrwała i obejmowała zaledwie trzy starty. Gigi postanowił wycisnąć z nich maksimum.
Na Korsyce zajął dziewiąte miejsce, a miesiąc później w Argentynie osiągnął swój najlepszy wynik w karierze. Zaprowadził żółto-czerwonego Peugeot na najniższy stopień podium, zaraz za plecami Loeba i Solberga.

Galli przyleciał więc na domowy Rajd Sardynii z wielkimi nadziejami. Setki tysięcy włoskich kibiców liczyło, że „Hullu” powtórzy wyczyn z Argentyny na ich oczach. Przez dłuższą chwilę ten scenariusz się spełniał – Gigi w połowie drugiego etapu przebił się na trzecią pozycję.
I wtedy, gdy wracali do serwisu po zakończeniu dnia, samochód znów wbił nóż w plecy Galliemu. W Peugeot padła chłodnica i silnik zaczął się przegrzewać. Włochom nie udało się wrócić do swoich mechaników. Co gorsza, napraw wymagał też pilot Gigiego – Giovanni Bernacchini.
Gdy załoga próbowała uzupełnić płyn w chłodnicy, Galli rzucił „Gio” bidon wypełnioną wodą. Problem w tym, że sfrustrowany, zrobił to nieco zbyt energicznie. Bidon wylądował nie w rękach Bernacchiniego, a na jego twarzy. Giovanni skończył w szpitalu ze złamanym nosem.
Pechowiec

W sezonie 2006 Gianluigi zdołał zgromadzić środki jeszcze na jeden start. W Rajdzie Finlandii zajął piąte miejsce i ku rozczarowaniu kibiców, na tym jego program w WRC się zakończył.
Nadzieję niósł za sobą jednak sezon 2007. Galli dobił targu z PH Sport i zamierzał pojawić się w ośmiu rundach mistrzostw świata, za kierownicą Xsary WRC. Po trzech rajdach, gdy wydawało się, że Włoch dopiero się rozkręca, sponsorzy… wycofali swoje wsparcie. Sezon Gigiego skończył się więc już w kwietniu.
Na szczęście tym razem pomocną rękę wyciągnął Malcom Wilson. W 2008 roku Galli został pierwszym kierowcą zespołu Stobart M-Sport. Włoch miał wreszcie stabilność – pierwszy pełen sezon WRC w karierze i status lidera całej ekipy.
Gigi od razu zabrał się do pracy. Już w swoim drugim występie w Focusie WRC, utwierdził Wilsona w swojej decyzji. Podczas Rajdu Szwecji wygrał oes i zajął trzecie miejsce w generalce – to było drugie podium w karierze Włocha. Jak się jednak okazało – także ostatnie.
Bo choć „Hullu” pokazywał mocne tempo przez resztę sezonu, to w sierpniu przyszedł czas na Rajd Niemiec. Wspomnienie tamtej edycji imprezy do dzisiaj przyprawia Włochów o dreszcze. W przeszłości Gigi dowoził u naszych zachodnich sąsiadów dobre wyniki, więc oczekiwania były wysokie.

Tym razem wszystko również szło według planu. Aż do piątego oesu. Wtedy rajdówkę Włocha podbiło na cięciu i z pełną prędkością spotkała się z drzewem. Siła uderzenia wyrwała ze śrub deskę rozdzielczą. Co jednak gorsze, Galli doznał złamania kości udowej.
Kontuzja i późniejsza rehabilitacja wykluczyły Włocha z reszty sezonu mistrzostw świata. Jednak ku zaskoczeniu kibiców, Gigi do WRC już nigdy nie powrócił. Tamten feralny Rajd Niemiec był jego ostatnim występem na najwyższym stopniu rajdów. Co poszło nie tak?
Życie po WRC

Gdy Galli wrócił do zdrowia, był zainteresowany tylko powrotem do „wurca”. Odrzucał oferty startów w IRC czy ERC, czekając na tę jedną z samego szczytu rajdów. I to paradoksalnie, tylko zmniejszało szansę jego powrotu. Czas spędzony w rajdówce, nawet klasy S2000, byłby bardziej produktywny dla Włocha niż czas spędzony poza samochodem.
A wobec braku wymarzonej oferty, czas ten tylko się zwiększał. Rok po wypadku w Niemczech, Galli był już właściwie na sportowej emeryturze. Pojawiał się głównie w roli „zerówki” lub innych samochodów funkcyjnych.
W 2013 roku, po pięciu latach przerwy, wrócił do Forda Focusa WRC. Miało to miejsce nie podczas rundy mistrzostw świata, a zawodów Rallylegend w San Marino. Dzięki swojemu stylowi jazdy, Gigi fantastycznie odnajdował się w „pokazowych” imprezach.
To na nowo dało mu poczucie celu w rajdach. Stał się stałym gościem Rallylegend, startował też w Monza Rally Show i Memoriale Bettegi. Pojawiał się także poza rajdami, startując w zawodach rallycrossowych.
W 2014 i 2015 roku pojawił się na starcie mistrzostw świata, w przygotowanej przez swój własny zespół Kii Rio RX. Tej samej konstrukcji, używał później w Rallylegend, zabawiając kibiców jazdą bokiem i piruetami.

Imprezy w San Marino nie opuścił także w minionym roku. Aczkolwiek tym razem korzystał z nieco nowszej rajdówki – Citroena C3 WRC.
Choć od jego ostatniego startu w WRC minęło już 17 lat, to Galli wciąż pozostaje w świadomości kibiców. Prezentował styl, technikę jazdy, ale też sposób życia, którego w dzisiejszych rajdach bardzo brakuje. A jeśli Włoch nie ma planów na końcówkę sierpnia, to znamy pewną ciekawą imprezę na Dolnym Śląsku, w której fantastycznie by się odnalazł.