Francois Delecour – najbardziej szalone momenty
Niewielu było kierowców tak barwnych, chaotycznych i przede wszystkim szybkich, jak Francois Delecour. Aby opisać całą jego karierę, potrzeba by było nie artykułu, a całej sagi książek. Z okazji 63 urodzin Francuza, wybrałem pięć najciekawszych historii z jego życia w WRC.
Debiut (prawie) wymarzony

Przed startem Rajdu Monte-Carlo 1991, niewielu zwracało szczególną uwagę na Francois Delecoura. Francuz był tylko zdobywcą trzeciego miejsca w zeszłym sezonie swoich rodzimych mistrzostw, jego pilotką była jego dziewczyna – Anne-Chantal Pauwels i po raz pierwszy w karierze jechał w rajdówce z napędem na cztery koła, w WRC.
Samochód Delecoura też nie budził obaw wśród rywali. Był to Ford Sierra – zaprojektowany jako auto z napędem na tylną oś, ale przerobiony na „czterołapa”, z okazji startów w WRC. Był postrzegany jako dużo wolniejszy i bardziej awaryjny od Lancii.
Jakie było więc zdziwienie wśród kibiców, gdy debiutujący w najwyższej klasie Francuz, wygrał OS7 i wskoczył na drugą pozycję w generalce, za plecami Carlosa Sainza. Zdziwienie, które zmieniło się w szok, gdy Delecour zaczął seryjnie wygrywać kolejne odcinki. W niedzielę rano był już przed Sainzem, do którego, w sobotni poranek tracił prawie minutę.
Hiszpan nie miał żadnej odpowiedzi na szaleńcze tempo narzucone przez Delecoura. Kierowca Forda wprawił rywali w osłupienie, wykręcając na szybsze czasy na sześciu kolejnych oesach trzeciego etapu. Przed ostatnim odcinkiem Francuz miał ponad 40 sekund przewagi i wydawało się, że nic nie zabierze mu magicznego zwycięstwa.
Zabrał mu je Ford Sierra. Na ostatnim odcinku specjalnym w rajdówce urwało się mocowanie zawieszenia. W efekcie Delecour wylądował w zaspie, stracił ponad 5 minut i spadł na trzecią pozycję w rajdzie. Choć finał tamtego Rajdu Monte-Carlo był dla Francuza niezwykle bolesny, to w ten właśnie sposób, znalazł się na ustach całego rajdowego świata.
Wojna domowa

Francois Delecour stał się później specjalistą od asfaltowych rund WRC, w ekipie Peugeota. Taką samą funkcję w zespole pełnił jego rodak – Gilles Panizzi. Dwóch francuzów, we francuskim zespole i w bardzo szybkiej rajdówce – na pewno Peugeot funkcjonował wtedy niczym szwajcarski zegarek, prawda? Jak pokazał Rajd Sanremo w 2000 roku – niezupełnie.
Relacje między Panizzim a Delecourem były już wtedy mocno napięte po Rajdzie Korsyki, gdy Francois był bardzo blisko liderującego Gillesa, ale zespół zakazał mu dalszej pogoni za rodakiem.
We Włoszech Panizzi znów był bardzo szybki. Zdaniem części stawki – za szybki. Oskarżenie o nielegalne zapoznanie z trasą padło ze strony Carlosa Sainza. Spytany o tę kwestię Delecour, odpowiedział:
„nie obchodzi mnie to”
Jednak paręnaście minut później okazało się, że podstępy Gillesa ewidentnie przelały czarę goryczy.
Francois zamierzał wyjaśnić sprawy z kolegą z zespołu, osobiście. Jednak nie pomocą argumentów i perswazji. Wściekłego Delecoura odciągał od Panizziego właściwie cały zespół Peugeota. Francuz, nie chciał dać się wsadzić do rajdówki. Co chwila wyszarpywał się z uścisku i rzucał w stronę drugiego kierowcy. Gilles, niezwruszony, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, spożywał obiad, wbijając wzrok w stolik.
Panizzi koniec końców okazał się najszybszy na Sanremo. Wobec zarzutów o nielegalne zapoznanie nie podjęto żadnych dalszych kroków, bo na oszustwa kierowcy Peuegota zwyczajnie nie było dowodów. Jednak relacja między dwoma Gillesem a Francois, okazała się nie do poskładania. Dość powiedzieć, że był to jeden z ich ostatnich wspólnych startów w ekipie Peugeota.
„Niczym katastrofa samolotu”

Mimo zawrotnego tempa, Delecour nie zawsze utrzymywał rajdówkę na drodze. U schyłku jego profesjonalnej kariery w WRC, ta sztuka udawała się mu coraz rzadziej. Efektem tego był jeden z najgroźniejszych wypadków w historii rajdów.
Rzecz działa się podczas Rajdu Australii w 2002 roku. Delecour jeździł wtedy w barwach Mitsubishi, za kierownicą niezwykle awaryjnego Lancera WRC. Dlatego, po sześciu odcinkach specjalnych zajmował odległe, 15 miejsce w generalce.
Na siódmym odcinku specjalnym, Francuz z gazem podłodze wjechał w szeroki, lewy zakręt. Przyciął go jednak zbyt mocno. Lewe zawieszenie rajdówki urwało się przy spotkaniu z kamieniem, katapultując samochód w stronę drzew, z prędkością 180km/h.
Jak wspominał później Jani Paasonen, miejsce wypadku Delecoura, wyglądało niczym po katastrofie lotniczej. Części rajdówki leżały wszędzie. Parędziesiąt metrów od samochodu palił się silnik Lancera WRC.
Francois i Daniel Grataloup, na szczęście ten wypadek przeżyli, choć na nagraniu widać, że w momencie uderzenia stracili przytomność. W przypadku kierowcy skończyło się na siniakach, jednak pilot doznał złamania miednicy, skręcenia kostki i posiniaczenia prawego płuca. To praktycznie zakończyło sportową karierę Daniela.
Francois wrócił jednak do rywalizacji w Rajdzie Wielkiej Brytanii, w którym również miał swoje przygody:
Koszmar każdego pilota

Podczas Rajdu Wielkiej Brytanii, na prawy fotel wskoczył Dominique Savignioni. Z Delecourem nie miał on łatwego życia. Zawody nie układały się najlepiej dla załogi Mitsubishi. Po pierwszym etapie zajmowali dopiero 19 miejsce w klasyfikacji generalnej.
Ich weekend miał się niebawem stać o wiele gorszy. Na OS10 Dominique podyktował „Lewy 115” podczas gdy byli już w trakcie pokonywania opisywanego zakrętu. Delecour uderzył o ogranicznik cięcia i Lancer WRC wypadł z drogi. Francois od razu dał pilotowi do zrozumienia, kto odpowiada za ich wypadek.
„Byłem już w tym 115, Dom k**wa! Dziesiąty raz spóźniasz się z komendą! Dziesiąty raz! Dziesiąty raz! Setny raz!”
Jak się później okazało, był to ostatni występ Delecoura w fabrycznym zespole. Mitsubishi nie było zachwycone jego zachowaniem w kierunku pilota i rozwiązało kontrakt z wybuchowym Francuzem. Tyrady ewidentnie nie wziął do siebie Savignioni. Gdy 10 lat później Delecour wrócił do WRC podczas Rajdu Monte-Carlo, to właśnie Dominique siedział na prawym fotelu jego rajdówki.
Spryt starego mistrza

Na rajdowej emeryturze, Delecour startował w wielu różnych krajach, seriach i samochodach. Dla przykładu, został trzykrotnym Mistrzem Rumunii, w latach 2012-2014. Rzadko jednak pozwalał sobie na opuszczenie ukochanego Rajdu Monte-Carlo. Na starcie monakijskiego klasyka pojawił się więc też w 2011 roku, gdy był on rundą Intercontinental Rally Challenge.
Po pierwszym etapie imprezy Francuz przekonał się, że czasy jego alpejskich pojedynków z Carlosem Sainzem czy Didierem Auriolem, dawno minęły. Jechał na ósmej pozycji generalnej, z ponad dwu minutową stratą. Nie był w stanie dotrzymać tempa młodszym i głodnym zwycięstwa rywalom. Francois miał jednak nad nimi przewagę w dwóch aspektach. Miał największe doświadczenie w Monte-Carlo i znał żyjących tu ludzi.
Przed drugą pętlą drugiego etapu, wszyscy w parku serwisowym zadawali sobie jedno pytanie: czy spadnie śnieg? Opinie był podzielone, a prognozy sprzeczne. Delecour zamiast wpatrywać się w radar zadzwonił do przyjaciela, który był właścicielem restauracji, niedaleko mety jednego z odcinków.
„Pada” – usłyszał w odpowiedzi.
Dlatego jako jedyny z całej stawki, wyjechał z parku serwisowego na czterech kolcowanych oponach. Efekt? Wygrany oes i awans na drugą pozycję w generalce. No i jeden z bardziej komicznych dialogów na mecie stop.
„Francois, dlaczego zdecydowałeś się na cztery kolcowane opony?” – dopytywał reporter
„No bo pada śnieg” – odpowiedział Delecour
Koniec końców Francois ukończył tamten rajd na piątej pozycji, ale tym manewrem pokazał swój największy atut – spryt.
Który z momentów kariery Francois Delecoura był Waszym ulubionym?