Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

Fafe – portugalski młyn

W dzień powszedni to tylko krótki kawałek gruntowej drogi w okolicy Varzea Cova. Natomiast w ten jeden majowy weekend wzniesienie pomiędzy dwoma głazami zmienia się w stolicę rajdów. Oto opowieść o magii słynnej hopki na odcinku „Fafe”, której miałem przywilej doświadczyć w zeszłym roku.

Zmierzyć się z legendą

W swoich tekstach zazwyczaj stronię od „prywaty”, ale jako że ten opierać się będzie na moich własnych doświadczeniach, to pozwolę sobie podejść do niego bardziej osobiście.

Do kultowych miejsc motorsportu zazwyczaj nie miałem szczęścia. Byłem na Grand Prix Wielkiej Brytanii, ale nie siedziałem w zakrętach Maggotts-Becketts. Na rondo w Riudecanyes podczas Rajdu Katalonii zwyczajnie się nie dopchałem. Gdy przyjechałem na Rajd Świdnicki, „walimskie patelnie” wypadły z harmonogramu.

Dlatego przed Rajdem Portugalii byłem zmotywowany, aby znaleźć się na hopce, choćbym miał rozbić namiot na środku drogi. A ta ewentualność wcale nie była wykluczona. Już w bazie rajdu słyszałem przeróżne historie o trudnościach z dotarciem do kultowego miejsca.

Opowiadano mi o ludziach śpiących w samochodach przy drodze, o budującym się tam od tygodnia polu kempingowym, o kilometrowych korkach i długich wędrówkach. Jeden z irlandzkich dziennikarzy powiedział mi nawet, że w ostatnią noc rajdu przenosi się do innego hotelu, aby mieć krótszy dojazd na Fafe.

Dość powiedzieć, że sobotnia noc zapowiadała się na krótką.

Hopka obiecana

Jak się jednak okazało, nie ma drzwi, których nie otworzyłaby akredytacja Motowizji i naklejka „Media” na przedniej szybie auta. Choć niektórzy kibice zostawiali swoje samochody nawet pięć kilometrów przed hopą, ja byłem w stanie jechać dalej.

Godzinę przed startem oesu, zaparkowałem w odległości 10 minutowego spaceru od hopki. Mogło być zdecydowanie gorzej. W drodze do samego punktu nie towarzyszył mi wielki pochód kibiców. Fakt, widziałem pojedyncze grupki, ale nic, co usprawiedliwiałoby tak wczesną pobudkę.

Przynajmniej do momentu gdy nie pokonałem wzniesienia za metą i nie zobaczyłem celu swojej podróży. To był widok, który mógłby stanowić inspirację do rajdowej wersji „Sonetów Krymskich”.

Ja jednak za wieszcza narodowego się nie uważam, więc odpuszczę sobie użycie dwunastozgłoskowca.

Wokół samej hopki, gdzie tylko sięgał wzrok rozpościerało się morze namiotów i kamperów. Teren wzdłuż trasy odcinka się zapadał, więc pobocza tworzyły naturalne trybuny. Obszar przy samej taśmie, oddzielającej kibiców od drogi, przypominał mrowisko.

W centralnym punkcie tego widoku, u szczytu przeciwległego wzniesienia, niczym krzyż na ołtarzu, stała kolorowa brama. Zaznaczała lokalizację głównej postaci tego odcinka. Słynnej hopki Fafe.

Nie miałem wtedy wątpliwości – trafiłem do rajdowej świątyni

Sou de Portugal

Mimo to atmosfera na oesie, bardziej nie ceremonię, przypominała stadion. Piłka nożna jest najpopularniejszym sportem w Portugalii – co do tego ciężko mieć wątpliwości. Rajdy tracą do niej jednak wiele mniej niż można się spodziewać, a „piłkarski” styl kibicowania przenika też na odcinki.

Bo nawet w przerwie między pierwszym a drugim przejazdem, gdy rajdówek próżno było szukać, pagórki wokół odcinka żyły. Godzinę przed startem rozległa się przyśpiewka „Sou, de Portugal eu sou!” znana z meczy reprezentacji Portugalii.

Parę minut później, niczym na koncercie Queen, kibice z jednej strony drogi zakrzyknęli „EEEOOO!”.

„EEEOOOO!” – odpowiedzieli fani z naprzeciwka. I tak przez kilkanaście minut, w trakcie których do zabawy dołączało się coraz więcej kibiców.

Oprócz okrzyków były też odgłosy… pił łańcuchowych. To dosyć popularny sprzęt kibicowski w Portugalii. Jaka jest jego historia? Nie wiem i nie wiem czy chcę wiedzieć. Natomiast silniki od pił, z odczepionymi ostrzami pojawiały się właściwie na każdym odcinku rajdu.

Najwięcej ich było, naturalnie, na Fafe. Co chwila któryś z kibiców unosił ten sprzęt nad głowę i odpalał silnik ku uciesze tłumu. Dość powiedzieć, że jeśli czas przed startem odcinka wolelibyście spędzić w ciszy, Fafe raczej nie jest dla Was.

Wejście gladiatorów

Nie trzeba było detektywa, aby dojść do wniosku, że większość kibiców okupowała tereny wokół hopki, co najmniej od paru dni.

Siedzenie na pustkowiu przez pół tygodnia, aby zobaczyć dwa przejazdy rajdówek – na papierze brzmi to niedorzecznie. Miejscowi jednak nie narzekali na nudę. Z głośników dobiegała muzyka, w powietrzu unosił się zapach grilla, a powszechna wesołość sugerowała hojną degustację wyrobów lokalnych browarów.

Jednak, gdy nadchodziła godzina 13:00, napięcie stawało się coraz bardziej wyczuwalne. Kilkanaście minut później, po odśpiewaniu hymnu Portugalii, przyszła chwila, której wyczekiwali wszyscy zgromadzeni. Rozpoczął się Power Stage.

Pierwszy na hopie pojawił się Gus Greensmith. Anglik, nie walczący już o zwycięstwo w WRC2, dosyć mocno wcisnął hamulec. Mimo to, spragnieni akcji kibice przywitali gromkimi wiwatami.

Różnica w osiągach pomiędzy autami Rally2 a Rally1 była tu szczególnie widoczna. Mocniejsze rajdówki szybciej docierały do hopki, ale też latały znacznie dalej. Rekord ustanowił tu Takamoto Katsuta.

Japończyk przefrunął mi przed twarzą, wykonując lot o długości co najmniej 40 metrów. Potężne uderzenie w ziemię jego Yarisa, dosłownie zaparło mi dech w piersiach, mimo że rajdówka oddalała się już w kierunku horyzontu.

Nie jest to aż tak widoczne w telewizji, ale loty na Fafe są naprawdę wysokie. Niektóre załogi byłyby w stanie przeskoczyć wyprostowanego człowieka na drodze. Głównym czynnikiem jest tu ułożenie drogi. Nie układa się ona w naturalną skocznię, a po prostu zapada pod samochodami, parę metrów w dół.

A nie tylko loty miały dostarczyć emocji na tym odcinku.

Cisza przed burzą

Na pięć załóg przed końcem przejazdów Rally1, do dziennikarzy podszedł safeciarz i polecił nam zabezpieczenie naszych aparatów. Lada chwila miała się bowiem rozpętać potężna ulewa.

Tę informację niezwłocznie przekazałem do komentatorów Motowizji. Faktycznie, na hopie zanosiło się na deszcz. Powietrze zgęstniało, niebo pociemniało, a w oddali było już widać smugi opadów. Czy pogoda miała zamieszać na ostatnich kilometrach rajdu?

Minuty jednak mijały, a kropli wciąż próżno było szukać. Neuville i Tanak przejechali trasę odcinka po suchej nawierzchni. Tak samo Rovanpera. Dopytałem raz jeszcze o deszcz.

„Tak, na pewno za chwilę się zacznie” – usłyszałem w odpowiedzi.

Przed przybyciem na hopę Sebastiena Ogiera, zaczęły spadać pojedyncze krople. Chwilę później Yaris Francuza przeleciał nam jednak nad głowami. Było już za późno – Seb wygrał wyścig z chmurami.

Nieco rozczarowany swoimi zdolnościami meteorologicznymi, udałem się do samochodu. I wtedy, gdy przekręciłem kluczyk w stacyjce, rozpoczęła się ulewa. Ucierpieli na tym zawodnicy w pozostałych autach Rally2 i Rally3, którzy zamykali stawkę.

Dla czołowych zawodników, ale też dla większości kibiców oraz fotografów, Fafe było w tamtym roku łaskawe. Mogę więc powiedzieć, że także i ja tamten Rajd Portugalii przeszedłem suchą stopą.

Czy warto?

Na to pytanie odpowiem w mój ulubiony sposób: to zależy.

Jeśli będziecie w równie uprzywilejowanej pozycji co ja i znajdziecie się w posiadaniu akredytacji z kamizelką – jak najbardziej. Dotarcie na hopkę nie będzie od Was wymagało dużo więcej wysiłku niż w przypadku innych oesów.

Natomiast w kontekście czystego kibicowania, opinie będą podzielone. Na pewno będziecie musieli zarwać noc i dotrzeć na odcinek co najmniej dwie godziny przed startem pierwszego przejazdu. Jeśli macie taką możliwość, bądźcie tam nawet wcześniej.

W mojej skromnej opinii, jest to miejsce, które warto zobaczyć. Przynajmniej raz w swojej kibicowskiej karierze. Może nie tyle dla samej akcji, co dla atmosfery panującej w tym punkcie.

Czy są w tym rajdzie miejsca, które bardziej przypadną Wam do gustu? Możliwe. Ale hopka na Fafe to rajdowa Mekka. Przynajmniej raz w życiu trzeba się tam wybrać.

Udostępnij!