Dodał: Juliusz Winiarek Kategoria: Rajdy Komentarze: 0

El Condor – najtrudniejszy oes w Ameryce Południowej?

Południowo-amerykańskie rajdy znane są głównie z wymagających i morderczych dla rajdówek, odcinków specjalnych. Aczkolwiek spośród wszystkich prób w tym rejonie świata, jedna wyróżnia się swoim poziomem trudności. Mowa oczywiście o kultowym argentyńskim odcinku – El Condor.

Historia odcinka

Choć dzisiaj ciężko w to uwierzyć, trasa oesu „El Condor” była w latach 50 dość popularną drogą w dolinie Traslasierra. To dlatego, że był to jedyny sposób by dostać się do miasta Mina Clavero. Później władze zdecydowały się zatroszczyć o mieszkańców i zbudowano asfaltową drogę Camino de las Altas Cumbres.

Nic dziwnego jednak, że w pierwszych edycjach rajdu, na tym odcinku najszybsi byli lokalni kierowcy. Przede wszystkim Jorge Recalde, którego przydomek – „Kondor z Traslasierry”, wziął się właśnie od tej próby.

A po raz pierwszy odcinek pojawił się w Rajdzie Argentyny w 1984 roku. Nosił wtedy inną nazwę – „La Posta – Bifurcacion Ruta 14” i była to najdłuższa konfiguracja w jego historii. Mierzył 43 kilometry długości.

Nazwa „El Condor” pojawiła się w 1986 roku, gdy przeniesiony został start odcinka. Tym razem załogi ruszały pomiędzy skałami Las Ensenadas, a nie na drodze numer 20. Czyste przejechanie trasy było jednak równie wymagające, a dzięki dużej ilości wycofań i wspaniałych widoków, oes szybko stał się ulubieńcem kibiców.

Dlatego przez lata odcinek miał właściwie zapewnione miejsce w harmonogramie. Tylko dwukrotnie zdarzyło się, aby zabrakło go w Rajdzie Argentyny – w 1992 i 1995 roku. W dodatku od 2000 roku, tradycją stało się kończenie weekendu właśnie „El Condor”.

Jak przetrwać „El Condor”?

Na to pytanie satysfakcjonującej odpowiedzi nie znajdowali nawet tacy kierowcy jak Dani Sordo, Thierry Neuville czy Colin McRae. Pierwsze paręnaście sekund każdego onboardu z tego odcinka wyjaśnia skąd wzięła się jego sława.

Załogi przemierzają krajobraz nie z tej ziemi. Wokół rajdówek są tylko mniejsze i większy skały, okupowane przez grupki kibiców. Aby dostać się na ten odcinek, trzeba wyruszyć w drogę dzień wcześniej, a później spędzić noc w argentyńskich górach. Tego trudności nigdy jednak fanów rajdów nie odstraszały i ta próba zawsze cieszyła się dużą frekwencją.

Większość zakrętów jest bardzo ciasnych, zacieśniających się w miarę ich przejeżdżania. Jeśli kierowca nie przejedzie przez jakichś z nich odpowiednią linią, czekają na niego skały. W najlepszym wypadku „tylko” przebiją oponę. W najgorszym – zakończą udział w rajdzie.

Rajdówki nie są jednak bezpieczne nawet, gdy trzymają się trasy. Drogi w Dolinie Traslasierry są dużo bardziej miękkie i po zaledwie kilku przejazdach, tworzą się na nich głębokie koleiny. W dodatku są one najeżone kamieniami i wystającymi kawałkami skały.

Początek odcinka jest niezwykle kręty i wymaga absolutnej koncentracji. Zawodnicy pokonują nawrót za nawrotem, pomiędzy skałami. Później zakręty robią się delikatnie łagodniejsze, ale kierowcy wciąż muszą mieć się na baczności. Droga jest bardzo wyboista i przez to łatwo przestrzelić zakręt.

Koło 11 kilometra odcinek ma swój najsłynniejszy punkt. Przejazd przez most, rodem z filmów o Indianie Jonesie. Nie jest to jednak miejsce warte uwagi, tylko ze względu na zdjęcia. To tutaj w 2017 roku, błąd popełnił Elfyn Evans, zahaczając o wjazd na most. Stracił w ten sposób parę dziesiątych sekundy, które zaważyły o jego porażce w rajdzie.

W ostatnich dwóch kilometrach odcinek robi się bardzo szybki. Znikają skały, a załogi wjeżdżają na partię bliższą klasycznym argentyńskim odcinkom. To był moment na oddech, albo na nadrobienie czasu zaraz przez metą.

Tak wyglądała konfiguracja odcinka do 2018 roku. Wtedy zaczęto przejeżdżać „El Condor” w odwróconym kierunku. Dramaturgia próby, nieco na tym straciła. Załogi przejeżdżały większość trasy pod górę, co sprawiało, że prędkości były niższe a droga hamowania dłuższa. W dwóch ostatnich edycjach Rajdu Argentyny, błędy na tym oesie, były bardzo sporadyczne.

Kawał rajdowej historii

Dzięki swojemu miejscu w harmonogramie, „El Condor” był areną wielu dramatycznych finałów. W 2005 roku, załogi na drodze odcinka znalazły… śnieg. W tych niecodziennych warunkach, najlepiej poradzili sobie Sebastien Loeb i Petter Solberg.

Z kolei w 2009 roku, na tym oesie Ford Focus WRC zawiódł Mikko Hirvonena. Fin toczył zażartą walkę z Sebastienem Loebem, ale słynnym odcinku w jego rajdówce przegrzał się silnik. To wtedy, zapytany przez dziennikarzy o dalszy plan dnia, Mikko odpowiedział:

„Nie wiem. Pojedziemy do hotelu i napijemy się piwa”

Inny fantastyczny pojedynek na „El Condor” stoczyli Hayden Paddon i Sebastien Ogier w 2016 roku. Francuz był szybszy na pierwszym przejeździe próby i zredukował stratę do liderującego Paddona, do 2.6 sekundy. W dodatku Nowozelandczyk meldował, że w jego Hyundaiu przerywa silnik.

Gdy wszyscy spodziewali się, że Ogier znów wyszarpie zwycięstwo na ostatnich metrach, Hayden pojechał prawdopodobnie najlepszy odcinek w swojej karierzy. Zdemolował czas Seba, poprawiając go o prawie 12 sekund. W ten dramatyczny sposób, Paddon odniósł swoje jedyne zwycięstwo w WRC.

Wobec tych fantastycznych historii, możemy zastanawiać się tylko: ile więcej byśmy wiedzieli, gdyby skały na „El Condor” potrafiły mówić? Choć Rajdu Argentyny nie ma już w WRC, a kultowego odcinka brakuje w jego harmonogramie, to o kultowym południowo-amerykańskim oesie, warto przypominać.

Udostępnij!

Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments